Nomadzi na Dachu Świata
Tybetańscy koczownicy próbują żyć tak jak przed nadejściem Chińczyków.
Flickr CC by SA

Gersan i Dolma mają 50 jaków (w większości samic, zwanych dri, cenniejszych od samców), 300 owiec i konia. To niewiele ponad minimum potrzebne do przeżycia. Niedawno wraz dwiema innymi rodzinami założyli kooperatywę, kupując na spółkę kawałek doliny niedaleko Żółtej Rzeki. Trzy namioty stoją w niekrępującej odległości. Siedlisko ogradzają zielone wzgórza o łysych szczytach, wyglądające jak polane lukrem babki.

Koczownicy nie wędrują bezustannie, lecz przeprowadzają się dwa razy w roku – w kwietniu rozbijają namioty na wysoko położonych pastwiskach, jesienią schodzą w doliny. Gersan i Dolma mają prymitywny domek pod miastem, do którego spędzą zwierzęta wraz z nastaniem pierwszych mrozów. Nie cieszy ich ten zimowy odpoczynek – wolą letnie życie w namiotach; część nomadów mieszka w nich przez okrągły rok.

Namiot ma trzy na cztery metry. Tkaninę oparto na lekkim drewnianym szkielecie i naciągnięto sznurami przytwierdzonymi do ziemi za pomocą kołków. Sploty wełny jaczej rozszerzają się pod wpływem ciepła i kurczą na zimnie, dlatego latem namiot jest przewiewny, a zimą szczelny. Pośrodku stoi piecyk. Zamiast drewna używa się suchego łajna jaka, pali się ono łatwo, wydzielając bezwonny dym, który uchodzi przez otwór w szczycie namiotu, po drodze okadzając wiszący u powały udziec barani. Bateria słoneczna zapewnia oświetlenie. Jest nawet maleńki telewizor, ale odkąd zepsuła się antena satelitarna (wygląda, jakby stratowało ją stado jaków), odbiornik służy wyłącznie do oglądania teledysków z płyt wideo.

 

Spośród wszystkich Tybetańczyków koczownicy cieszą się największą swobodą. Mały, sześciomilionowy naród ginie w morzu Chińczyków zalewających okupowany od pół wieku Tybet. Jednak przybysze trafiają prawie wyłącznie do miast. Przeciętny nomada ma szansę, że chiński osadnik nigdy nie stanie na jego drodze. Gersan i Dolma niczego od państwa nie oczekują, a i państwo odwzajemnia się im tym samym. Trzymają się z dala od polityki (jeśli nie liczyć wyrażanej na każdym kroku miłości do dalajlamy, uważanego przez Pekin za wroga), a jedynym przedstawicielem władz, z którym mają styczność, jest szef gminy, Tybetańczyk.

Dolma rozpoczyna dzień od rozpalenia ognia i toalety – myje twarz i ręce, smaruje je masłem, rozczesuje włosy, zaplata warkocze, wpina w uszy turkusowe kolczyki i owija się elegancką czubą (płaszczem) z wypustkami imitującymi futro lamparcie. Wszystko po to, by zaraz zanurzyć się w łajnie. Po wydojeniu dri (z 30 krów mleka jest ledwie pół kubła) Dolma przytwierdza sobie do pleców wiklinowy kosz, chwyta widły i zamaszystymi ruchami ładuje doń, jeden po drugim, jacze placki.

Owce, z rogami sterczącymi na boki, poszły już na hale. Jaki spędziły noc przywiązane do lin w pobliżu namiotów, gdzie łatwiej je upilnować przed wilkami. Po wydojeniu zostają uwolnione i maszerują w górę strumienia, gdzie mogą zająć się tym, do czego są stworzone – żuciem trawy. Żadna to uczta. Trawa jest już wyżarta niemal do korzeni, jej resztki wdeptane w grząski grunt razem z mchami, porostami i suchymi krzaczkami.

Przez cały dzień Dolma uwija się jak w ukropie. Psy szczekają? Wybiega z namiotu zobaczyć, co się dzieje. Owce przewędrowały za blisko drogi? Chwyta procę i z dzikimi okrzykami zapędza zwierzęta na miejsce. Wraca, by przygotować posiłek: urabia ciasto na kluski, pilnuje ognia, przynosi wielki wór opału, który nie starczy nawet na jeden wieczór, dolewa pozostałym herbaty, nosi wodę, ubija masło. W przerwach karmi córeczkę, bez wstydu grzejąc przy ogniu nagie piersi. Praca jest tu domeną kobiet. Mężczyzna wkracza, gdy trzeba sprzedać albo zabić jaka lub zrobić zakupy w mieście.

Najstarszy sąsiad, Pasang, mimo siatki zmarszczek na twarzy trzyma się dziarsko. Ma 68 lat i pamięta czasy przed nadejściem Chińczyków. Wspomina je dobrze. Koczownicy, jak mówi, żyli wtedy na swoim. Nie oznacza to, że posiadali ziemię na własność, należała ona do arystokratów i klasztorów. Mogli jednak wypasać swoje zwierzęta w zamian za minimalny podatek – trochę masła lub kozią skórę. W starym Tybecie większość podatków płaciło się w naturze lub pracą ludzką. Kto się wywiązywał, miał spokój, pan nie mieszał się do życia prywatnego poddanych.

Gdy w latach 50. pojawili się Chińczycy, nazwali ten system niewolnictwem. Niezmiernie dziwiło to Tybetańczyków, którzy, choć uważali arystokratów za darmozjadów, raczej nie czuli się wykorzystywani. Czym jest prawdziwe niewolnictwo, dowiedzieli się dopiero od Chińczyków, którzy zaprzęgli ich do pracy od świtu do zmroku, m.in. przy budowie dróg, a wieczorem kazali uczęszczać na szkolenie ideologiczne. Po raz pierwszy chodzili głodni, przydziały żywności były niewystarczające. Słyszeli, że ich wynagrodzenie za pracę jest gromadzone w banku, ale nie mogli wyciągnąć ani juana.

Pasang najgorzej wspomina 1961 r. Chińczycy skoszarowali koczowników w betonowych budach. – Zabrali nam wszystko: kolczyki, owczą skórę, zapasy jedzenia. Zostawili tylko metalową miskę – opowiada Pasang. Musieli doić dri o trzeciej w nocy, bo chińscy naukowcy ustalili, że trzykrotnie dojone w ciągu doby dadzą więcej mleka. Nie wolno było nosić biżuterii ani czub, wszyscy zakładali mundurki, strzygli włosy krótko. Trwała susza. Z popękanej ziemi zaczęły wychodzić źdźbła trawy, jakich pasterze wcześniej nie widzieli, grubej i od razu suchej. Ludzie próbowali ją jeść.

Tybetańczykom kazano zabijać psy, co było sprzeczne z ich sumieniem. Propaganda trąbiła, że żarłoczne psy stanowią obciążenie dla gospodarki. Ale bez nich jaki padały łupem wilków. Mao Zedong zażądał zwiększenia produkcji pszenicy, więc z nomadów próbowano zrobić rolników. – Zaoraliśmy pastwiska, posialiśmy zboże, ale nic nie wyrosło. Nawet mnichów zaprzęgnięto do pługa, choć nie wolno im orać, bo wówczas ginie mnóstwo małych stworzeń. Pamiętam dwóch starszych mnichów przy pługu: jeden próbował zmusić woły, by ruszyły, nie bijąc ich, drugi usuwał z ziemi pędraki i dżdżownice – wspomina Pasang.

Kiedy pod koniec lat 70. nastał Deng Xiaoping, nomadzi odzyskali zwierzęta i pastwiska. Początkowo byli nieufni, myśleli, że odwrót od terroru to kolejna prowokacja w celu wytropienia nieprawomyślnych i na tyle lekkomyślnych, by uwierzyli w cud. Ale tym razem cud nastąpił. Pasang czuje, jakby koło fortuny zatoczyło pełen obrót. Przed Chińczykami było dobrze, mówi, i teraz też nie jest źle. Wtedy jego rodzina miała sto jaków, dziś tyle samo. Dawniej nie był niewolnikiem i teraz nie czuje się zniewolony. Obawy budzi tylko to, że władze nie dały nomadom ziemi na własność, lecz wydzierżawiły – a jak im się odwidzi? Powróciło rozwarstwienie społeczne. Koczownicy na powrót podzielili się na cztery kasty w zależności od posiadanego majątku; najniższa nie ma żadnych zwierząt i służy innym. – Ci, którzy byli biedni przed Chińczykami, są biedni i teraz – mówi Pasang. – Bogaci znów są bogaci. I po co było to wszystko?

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj