Białoruś: Łukaszenka z nikim się nie liczy
Świat się dowiedział, nic nie powiedział
Wywleczenie w środku nocy ze szpitala w Mińsku i porwanie ciężko pobitego przez służby specjalne kandydata na prezydenta Białorusi w niedzielnych wyborach Uładzimira Niaklajewa, człowieka, któremu dopiero co odłączono kroplówkę, i nie mógł chodzić o własnych siłach to skandal, jakiego w tej części Europy od dawna nie byliśmy świadkami.

Od czasów stalinowskich? Od najmroczniejszych momentów stanu wojennego w Polsce? To niesłychane, bo Stalin umarł dawno, a w Białorusi nie ma stanu wojennego! Nikt nie zawiesił oficjalnie praw i swobód obywatelskich, nie wyrzucił z kraju obserwatorów międzynarodowych.

Niaklajew walczył o urząd oficjalnie. Tak samo zresztą jak pozostałych dziewięciu kandydatów, z których siedmiu znalazło się w więzieniu w dniu wyborów. Zgarnięto też nocą członków ich sztabów. Brzmi to jak koszmar. I nawet ci, którzy zachwycają się wypucowanymi ulicami Mińska i innych białoruskich miast nie mają raczej wątpliwości, że władza Łukaszenki to nieoświecona dyktatura. Bo oświecony dyktator nie wpadłby na taki pomysł, nie porywałby ze szpitala ciężko zmasakrowanego człowieka. Nawet jeśli sfalsyfikował wybory – bo nikt dziś nie wygrywa w pierwszej turze, z blisko 80 procentowym poparciem, mając przeciw sobie dziewięciu rywali.

Łukaszenka pokazał, że nie liczy się z opinią publiczną w kraju ani za granicą. I że nie ma zamiaru oddawać władzy, nawet w sposób demokratyczny. Publicznie ogłosił, że w Białorusi nie będzie rewolucji, czerwonej, zielonej, żadnej.

Mińsk żyje dziś normalnym rytmem, nie widać śladu niedzielnych krwawych zajść. O czym to świadczy?  O strachu, w jakim żyją ludzie: wolą nie rozmawiać o tym, co się stało na centralnym placu stolicy. Tego strachu nie rozumieją obywatele Unii Europejskiej, ani USA, bo nigdy takiego stanu nie doznali. A gdzie byli obserwatorzy międzynarodowi? Mieszkali w luksusowym hotelu, w ciągu czterech godzin aż czterdziestu dziewięciu z nich odwiedziło jeden lokal wyborczy, położony kilkadziesiąt metrów od hotelu. Spędzili tam ok. dziesięciu minut. Dlaczego nie protestują dziś przeciwko temu, co się stało w Mińsku? Niczego nie chcieli widzieć?

Łukaszenka ma teraz w więzieniach zakładników, może ich użyć w rozmowach z Brukselą. Może coś zyskać, bo grać potrafi i ograć bezwzględnie partnerów również. Sankcje niczego nie załatwią, uderzą w obywateli Białorusi, zamkną ich w getcie, jak kiedyś Serbów i odetną od przemian na długo. Trzeba głęboko przeorać świadomość: w Warszawie, Budapeszcie, Wilnie byłoby nie do pomyślenia, żeby ludzie nie wyszli na ulice po takiej krwawej rozprawie, jaką zgotował im reżim. Białorusini muszą zrozumieć, że ich strach to sprzymierzeniec Łukaszenki. Jeśli go nie przełamią, zostanie po staremu. Że można żyć inaczej, nie wedle prawa ustanowionego przez Łukaszenkę. Wtedy lekarze nie pozwoliliby wywlec rannego człowieka ze szpitala, nawet opozycjonisty. 

Łukaszenka raz jeszcze dowiódł, że jest nieprzewidywalny. To prawda, ma ułatwione zadanie, bo białoruska opozycja już się zdążyła pokłócić, kto zawinił. Nie przygotowano scenariusza, kto mógłby przejąć pałeczkę, kiedy liderzy trafili do aresztów. Przekonanie, że Moskwa jest tym razem po ich stronie też okazało się głęboko naiwne.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj