Sudan pęka na dwa
Test niepodległości
Lada dzień południowe prowincje Sudanu ogłoszą niepodległość. Zmiana na mapach będzie spektakularna, rozpada się przecież największe państwo Afryki, ale upłyną lata zanim mieszkańcy południa poczują dobrodziejstwa płynące z samodzielności.

Choć referendum potrwa do soboty, to niepodległość jest już niemal pewna. Zapewni ją graniczący z naiwnością potężny entuzjazm mieszkańców chrześcijańsko-animistycznego południa, szczerze wierzących, że separacja od arabskiej północy oznacza koniec mizerii i początek świetlanej przyszłości. Jeszcze kilka lat temu rozłam nie był prawie brany pod uwagę. Gdy w 2005 r. podpisywano rozejm kończący dziesiątki lat wyjątkowo krwawej wojny domowej nie chciał go ani rządzący w Chartumie satrapa Omar Hassan Al-Baszir, ani przywódca partyzantów John Garang. Myśleli raczej o szerokiej autonomii. Jednak Garang zginął w katastrofie śmigłowca, a jego następca i przyszły pierwszy prezydent nowego państwa, Salva Kiir Mayardit obrał kurs na pełną niezależność. Teraz na rozmodlonym południu porównywany jest przez chrześcijańskich duchownych do Jozuego, który zaprowadził swój lud do ziemi obiecanej.

Południowosudańskiego entuzjazmu nie studzi skala czekających wyzwań. Mimo że to na jego terytorium leży większość złóż ropy, południowy Sudan to nie Norwegia, wpływy ze sprzedaży ropy nie rozwiążą problemów wewnętrznych kraju, zapóźnienia cywilizacyjnego, spuścizny wojny, lat głodu i zadawnionych waśni etnicznych, które teraz mogą wybuchnąć z nową siłą.

Jednak sprawą pierwszego znaczenia jest utrzymanie kruchego pokoju, tylko w dzisiejszych starciach na pograniczu zginęło 36 osób. Stąd tak pilne jest dokładne ustalenie przebiegu granicy, bo zwłoka podsyca spór o pastwiska (plemiona arabskie podczas susz pędzą stada na południe), ziemię uprawną i pola roponośne. Uzgodnić trzeba także podział dochodów z produkcji ropy naftowej i wysokość sudańskiego zadłużenia, do podzielenia jest również uzbrojenie armii.

Co prawda Al-Baszir obiecuje, że uszanuje każdy wynik głosowania, ale w tej części Afryki podobne deklaracje znaczą niewiele. Nawet jeśli Chartum nie napadnie otwarcie południa, może, jak to miał dotąd w zwyczaju, posłużyć się poręcznymi pomocnikami. Na przykład bojówkami plemion arabskich, czy wspieraną przez siebie fanatyczną Armią Bożego Oporu, działającą na granicy sudańsko-ugandyjskiej lub grupami zbrojnymi, których dowódcom niepodległość południa jest nie po drodze. Na razie tych oddziałów jest kilka, rozproszyły się w buszu, liczą po kilkudziesięciu członków i będą zdolne walczyć góra do później wiosny, bo potem zaczyna się pora deszczowa, ale mogą dużym kłopotem w przyszłości.

Jednocześnie niepodległość południa może być katalizatorem zmian na północy, może rozniecić konflikt w Darfurze lub osłabić pozycję Al-Baszira. Dlatego za udane i spokojne narodziny 54 państwa Afryki kciuki trzyma i Zachód – tradycyjny sojusznik południa, i Chińczycy, troskliwie wspierający dyktatora z Chartumu. Trzymajmy i my.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj