Empatia kontra testosteron
Kanadyjska badaczka, psycholog rozwojowy Susan Pinker opowiada, dlaczego mężczyznom łatwiej wspiąć się na szczyty w świecie zawodowym, a kobietom – odgadnąć czyjeś emocje. Wskazuje też jaką drogą powinna pójść kobieta, żeby odnaleźć szczęście i spełnienie.
Patrick Goossens/Flickr CC by SA

Artykuł pochodzi z najnowszego 7 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 14 lutego.
Polityka

Artykuł pochodzi z najnowszego 7 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 14 lutego.

Der Spiegel: Uważa pani, że dla kobiet posiadanie dzieci i poważnej kariery jest nie do połączenia. Pani sama ma troje dzieci – a książka pani autorstwa o odmiennych ścieżkach kariery u mężczyzn i u kobiet jest w Stanach bestsellerem. Czy jest pani chodzącym kontrargumentem na własne tezy?

Susan Pinker: Nie chciałam przez to powiedzieć, że kobiety nie mogą pogodzić robienia kariery z  wychowaniem dzieci. Po prostu zazwyczaj wybierają inną drogę – i jest to kwestia biologii. Ja sama jestem tu dobrym przykładem: jako psycholog kliniczny wybrałam zawód typowo kobiecy, do wykonywania którego potrzeba bardzo dużo empatii – która jest mocną stroną  kobiet. A w trakcie kariery, wtedy gdy moje dzieci były małe, zdecydowałam, że nie będę wykładać na uniwersytecie, ani nie zostanę politykiem, czy też dyrektorką jakiegoś szpitala. Gdyby chodziło mi wyłącznie o pieniądze i status, zrobiłabym to. Ale ja pracowałam w mniejszym wymiarze godzin – to typowo kobieca decyzja.

Decyzja? To brzmi raczej jak typowe załamanie się kariery. Dziecko wymaga czasu i uwagi – a kobieta musi odłożyć na bok zawodowe ambicje. 

Tak nam się wydaje, bo wychodzimy z założenia, że kobiety i mężczyźni są tacy sami. Ale nie są. Ja sama dorastałam w przeświadczeniu, że kobiety i mężczyźni przychodzą na świat z identycznymi predyspozycjami. Byłam przekonana, że nie rodzimy się kobietami, tylko stajemy się nimi wskutek wychowania. To przekonanie jest schedą po ruchu wyzwolenia kobiet. Aż do dziś taka jest obowiązująca filozofia: Jeśli kobiet by nie dyskryminowano, zachowywałyby się i myślały dokładnie tak, jak mężczyźni! Dopiero, kiedy na świecie pojawiły się moje dzieci, poczułam, że to nie może być pełna prawda.

„Poczułam” – co dokładnie ma pani na myśli?

Stwierdziłam, że czuję coś innego, niż oczekiwałam. Przed porodem myślałam – „załatwię sobie po prostu opiekunkę i szybko znów będę  pracowała, tak jak mój mąż”. Tak też zresztą z początku zrobiłam. Ale nie byłam szczęśliwa w takim układzie. Zrobiłam to, ponieważ tego ode mnie oczekiwano i ponieważ sama od siebie tego oczekiwałam. Ale nie było to zgodne z moją kobiecą biologią.

I uważa pani, że to doświadczenie może pani uogólnić i zastosować do wszystkich innych kobiet?

Przede wszystkim – jeśli mówimy o zachowaniach typowo kobiecych i typowo męskich, to nie rozmawiamy o istotach z całkiem odmiennych światów. Mężczyźni i kobiety mają zapewne więcej rzeczy, które ich łączy, niż dzieli. I oczywiście istnieją kobiety wyjątkowo zorientowane na zrobienie kariery, podobnie jak mężczyźni, którzy unikają rywalizacji. Ale zazwyczaj jest dokładnie na odwrót.

Chodzi więc o różnice statystyczne?

Tak. Nie są one wprawdzie tak duże, jak się niektórym wydaje, ale w sumie dają zespół cech typowych dla każdej z grup. W trakcie badań, jakie robiłam podczas pisania książki, przestudiowałam biografie bardzo wielu kobiet. Sporo z nich przeżyło identyczne rzeczy, jak ja niegdyś. W rywalizacyjnych strukturach naszego świata zawodowego, stworzonego przez mężczyzn dla mężczyzn, kobiece wzory postępowania i potrzeby w pewnym momencie natrafiają na nieprzekraczalne granice. Biologiczne podstawy tych różnic można obecnie wskazać na podstawie badań naukowych – uwidaczniają się one już w mózgu.

W jaki sposób?

Znowu mówię ogólnie – kobiety z zasady lepiej są w stanie przypomnieć kontekst emocjonalnych jakichś sytuacji, ponieważ u nich intensywniej działa odpowiedzialny za to region w systemie limbicznym  – amygdala. I w większości przypadków ośrodki mowy mają w kobiecych mózgach więcej połączeń nerwowych, niż u mężczyzn. Kobiety mają grubszy Corpus callosum, który łączy obie półkule i służy jako droga przekazu mowy i emocji. Do tego „hormon miłości” – oksytocyna pozwala kobietom lepiej zrozumieć wyraz twarzy i uczucia drugiej osoby. Badania wykazały, że można ten efekt uzyskać także u mężczyzn – wystarczy psiknąć im do nosa oksytocynę.              

Jakże to praktyczne – spray do nosa, który sprawia, że mężczyźni stają się bardziej empatyczni.

Dokładnie tak. Długo zakładaliśmy, że wiele naszych cech powstaje wskutek wpływu wychowania i środowiska. Teraz jednak wiemy, że działaniu tego konkretnego hormonu kobiety zawdzięczają to, że mają większe wyczucie na emocje innych ludzi.

Pani argumenty są natury czysto biologicznej.

Nie. Nie twierdzę, że żadne kulturowe czy społeczne czynniki nie mają wpływu – a już zwłaszcza przy tak złożonych umiejętnościach społecznych, jak zdolność do empatii. Biologia to nie koniec historii, lecz jej początek. Patrząc z tego punktu widzenia, różnice między płciami mogą być subtelne, ale jednocześnie są fundamentalne.

Inni badacze dochodzą do wniosku, że różnice te właściwie można pominąć.

Ci badacze zazwyczaj nie są specjalistami z dziedzin nauk przyrodniczych, tylko są socjologami lub psychologami. Spoglądają na rzeczywistość z góry przyjętym założeniem i ulegają nieporozumieniu.

A może to pani ulega nieporozumieniu. Czy pani sama nie bierze udziału w wojnie płci, posługując się argumentami z dziedziny nauk przyrodniczych?

Przecież ja nie twierdzę, że kobiety nie są dyskryminowane. Jeśli nie pną się do góry w swoich firmach, to dzieje się tak wskutek panującej tam struktury, która zbudowana jest z męskich rytuałów i gier o przywództwo, o rangę samca alfa. Chodzi o zwycięstwo albo porażkę oraz o pokonanie rywala. A kobiecie zdolności polegają na szukaniu kontaktu i porozumienia pomiędzy ludźmi i ideami – a ta akurat cecha nie jest nagradzana. Mnie także to się nie podoba. Ale jako naukowiec nie mogę ignorować wyników badań, tylko dlatego, że one mi nie leżą.

Przypisuje pani niewielką rolę kontekstowi społecznemu tych wyników. A z kolei biologii przyznaje pani olbrzymie znaczenie. Jak pani to uzasadnia?

Te różnice mogą mieć olbrzymie znaczenie. Proszę pomyśleć chociażby o tych wszystkich potężnych dyrektorach firm – jak niewiele jest wśród nich kobiet. Żeby być szefem jakiejś firmy, trzeba być bardzo pewnym siebie i agresywnym. Prawdopodobnie sporą rolę odgrywa tu testosteron. Kto wszystko w to inwestuje, kładzie na szali swoje życie rodzinne, nie spotyka się z przyjaciółmi i nie czyta książek, ten ma szanse wejść na sam szczyt w koncernie. I to znowu raczej mężczyźni potrafią się w ten sposób zachowywać.

A nie obawia się pani, że dostarcza pani obrońcom konserwatywnego obrazu świata argumentów na to, że miejsce kobiety jest w domu?

Są tacy, którzy mi to zarzucają. Ponieważ dawniej wykorzystywano biologię do dyskryminowania kobiet, istnieje teraz obawa przed obiektywnym spojrzeniem na wyniki badań. A nie istnieją przecież żadne naukowe argumenty, które mówiłyby, że kobieta powinna zostać w domu czy wychowywać dzieci. Ja tez nie postrzegałabym tego w ten sposób. Oczywiście podzielam przekonanie, że kobiety i mężczyźni powinni być równi pod tym względem, że powinni mieć te same prawa i możliwości w ramach społeczeństwa. Jednak w świecie pracy większość kobiet zachowuje się inaczej, niż większość mężczyzn – bo po prostu płcie nie są takie same.

Prosimy o podanie dowodów.

Nawet w przypadku karier w naukach przyrodniczych, bardzo uzdolnione kobiety, które bez wątpienia mogłyby się zajmować matematyką, decydują się na dziedziny, w których mają do czynienia z organicznym, żywym materiałem – z ludźmi. 70 procent prac doktorskich z dziedziny psychologii pisana jest w Stanach Zjednoczonych przez kobiety. Także wśród studentów na takich kierunkach jak biologia, medycyna, weterynaria czy farmacja w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie czy Wielkiej Brytanii jest większość kobiet.

Uważa pani, że tak powinno być?

To nie jest pytanie o to, czy to właściwe, czy nie. Trzeba przyjąć do wiadomości fakt, a potem prowadzić dysputę polityczną.

A jak powinna takowa wyglądać?

Na pewno na rynku pracy powinny zaistnieć bardziej elastyczne możliwości dróg kariery, które nie musiałby przebiegać aż tak linearnie. Ponieważ społeczeństwa chce, żeby możliwie dużo kobiet pracowało – bo przecież taki musi być cel – to droga na szczyt nie może zależeć od tego, czy ktoś pracuje 16 godzin dziennie i nie ma się czasu na inne rzeczy. Uważam, że zmiany są możliwe. Laptopy, które można przenosić w dowolne miejsce umożliwiają elastyczność. A póki co czas spędzonych w biurze godzin służy jako dowód na kwalifikacje i nakład pracy.

Opisuje pani wysokowykwalifikowane kobiety, które dobrowolnie rezygnują z zawodu – nawet jeśli w grę nie wchodzi dziecko. Dlaczego te kobiety tak robią?

Bo z zasady mają inne priorytety, niż mężczyźni. Nie jest dla nich aż tak ważny status społeczny i pieniądze. I nie są szczęśliwe z nieurozmaiconej pracy, w której praktycznie nie mają kontaktu z ludźmi. Paradoksalnie to właśnie najbardziej utalentowane kobiety, które mogłyby osiągnąć wszystko, często dochodzą do wniosku, że w pracy czuły się ograniczone. Kobietom tym wydawało się, że muszą obrać męską ścieżkę kariery, bo mają ku temu możliwości. A kiedy orientują się, że droga ta sprawia, że są nieszczęśliwe - mają na dodatek poczucie, że wszystkich wokół siebie zawiodły, W tym tkwi wielka ironia.

Czy chce pani przez to powiedzieć, ze te kobiety zaczynały robić karierę po to tylko, aby spełnic czyjeś oczekiwania?

Wiele z nich zaczynało po prostu jako bardzo dobre uczennice – bardzo zdyscyplinowane, uzyskujące świetne stopnie ze wszystkich przedmiotów. To nie było tak, że zawsze chciały zostać geologiem czy inżynierem. Ale skoro były dobre w matematyce czy fizyce, wszyscy je zachęcali, aby wybrały sobie jakiś techniczny zawód albo zostały badaczkami. Nikt nie spytał tych kobiet, czego pragną, a one rosły w przekonaniu, że naturalnie powinny chcieć tego samego co mężczyźni: nieustannie przeć do przodu, nigdy nie spocząć ani na chwilę – wszystko po to, by wspinac się po szczeblach kariery. Także i one same prawdopodobnie nigdy nie zadały sobie pytanie, czego tak naprawdę chcą.

Gdyby rzeczywiście tak było, znaczyłoby to, że kobiety są mistrzyniami w zapieraniu się własnej natury – i że nie stać ich na empatię wobec siebie samych.

Być może kobiety z początku pragną tego życia za wszelką cenę - po prostu dlatego, że tak długo broniono im tam wstępu. Ale po 10 czy 15 latach, gdy włożyły w to już mnóstwo pracy i wysiłku, wiele z nich dostrzega, że być może to życie wcale nie jest takie atrakcyjne. Że zubaża ono ich prywatność, naraża na szwank ich zdrowie fizyczne i psychiczne. Wiele kobiet po jakimś czasie nie ma już ochoty ponosić tych ofiar.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj