Oscary 2011 rozdane
Wielki blichtr, wielkie kino
Sprawiedliwości stało się zadość. Oscary powędrowały do twórców, których specjaliści od początku wymieniali w gronie ścisłych faworytów.

Bywa i tak, że jeszcze zanim gala się rozpocznie, można przewidzieć, kto wygra. Na szczęście ceremonia nie zamieniła się przez to w rozwlekły, nudny spektakl, którego nie warto oglądać. Łzy i łamiący się głos Natalie Portman, odbierającej statuetkę za rolę opętanej na punkcie doskonałości baletnicy w „Czarnym Łabędziu” autentycznie wzruszały. Królewska przemowa nagrodzonego za najlepszą pierwszoplanową kreację aktorską Colina Firtha, grającego Jerzego VI w bezapelacyjnym zwycięzcy tegorocznej uroczystości, komediodramacie „Jak zostać królem”, zaskakiwała błyskotliwymi pointami i wyrafinowaną angielszczyzną. Zmieniane co chwila sukienki urodziwej Anne Hathaway (gospodyni wieczoru) świadczyły o guście hollywoodzkich kreatorów mody i klasie prowadzącej. Jej partner James Franco, może nie popisywał się jakimś szczególnie wyrafinowanym poczuciem humoru, ale miał niezłe momenty i generalnie też trzymał poziom.

Wygrał zasłużenie skromny, zrealizowany za pieniądze brytyjsko-australijskie, film o jąkającym się królu (Oscary za reżyserię, scenariusz, rolę męską i produkcję roku). O sukcesie przesądziła nie tylko kwestia nieprzeciętnego talentu aktorskiego duetu: Colina Firtha i Geoffreya Rusha (królewskiego logopedy). To zwycięstwo powściągliwości, atrakcyjnego tematu, psychologicznej wnikliwości nad hollywoodzką gigantomanią, komiksową estetyką, błahością. „Jak zostać królem” jest filmem wielopoziomowym, mówiącym o kilku sprawach naraz: męskiej przyjaźni, która nie miała prawa się zdarzyć, pokonywaniu słabości, jednostce starającej się sprostać wyzwaniom historii. Przede wszystkim jednak jest to wspaniałe widowisko o ciężarze odpowiedzialności spoczywającej na monarsze, który doskonale rozumie co znaczy reprezentacja, dobro i wola narodu, wstyd.

Skorumpowane, aroganckie, nastawione na piar i sondażowe wskaźniki współczesne elity polityczne mają czego się uczyć.

Nietrafnych wyborów właściwie nie było. Przegrana antywesternu „Prawdziwe męstwo” braci Coen nie bolała (trudno przebić poziom „To nie jest kraj dla starych ludzi”). Można żałować, że biografia Marka Zuckerberga „The Social Network” zdobyła tylko trzy „pomniejsze” nagrody (scenariusz, montaż, muzyka), ale o jakiejś specjalnej krzywdzie też nie ma mowy. To znakomity dramat, bardziej o paskudnej stronie osobowości informatycznego geniusza, mszczącego się za miłosne niepowodzenia, niż o współczesnym obywatelu Kane. Ale i tak został należycie doceniony przez krytykę. Cieszy Oscar dla „Inside Job” pełnometrażowego dokumentu, odsłaniającego kulisy i prawdziwe przyczyny gospodarczego kryzysu na świecie w 2008 roku. Żaden inny film nie mówi tak wiele o ciemnych mechanizmach bankowych przekrętów, pazerności finansistów obracających miliardami, głupocie i konformizmie państwowych władz, przymykających oczy na nieetyczne działania lobbystów, środowisk naukowych, maklerów. Oby jak najszybciej można go było obejrzeć w polskich kinach.

Jeśli chodzi o tendencje to w tym roku wyraźnie dominowało kino antyhollywoodzkie, niskobudżetowe, bez wielkich gwiazd. Honoru kosztownych superprodukcji broniła skutecznie „Incepcja” i „Alicja w krainie czarów”. Czy to zapowiedź zmiany nastawienia władców fabryki snów? Wątpię. Tu nic nie ma prawa się zmienić. Wszystko co pozwala pomnażać zyski nadal będzie generowało wyobraźnię producentów i przykuwało uwagę specjalistów od efektów specjalnych. A miejsce artystów znajduje się na obrzeżach, gdzie coraz częściej można spotkać starzejące się sławy (głównie panie), szukające dla siebie szansy ponownego zaistnienia na ekranie.

Ekscytując się oscarowym szaleństwem zapominamy często, że nie jest to miernik absolutnej wybitności. Spośród kilku arcydzieł nakręconych w minionym roku (m.in. „Poezja” Lee Chang-donga, „Wujek Boonme” Apichatponga Weerasethakula) żadne nie otrzymało nawet nominacji. Polańskiego („Autor widmo”) też nie dostrzeżono. Warto o tym pamiętać i nie potępiać w czambuł reszty, która nie znalazła się na liście laureatów albo nominacji. Kino ma też swoje nie-oscarowe oblicze. Fascynujące, a nawet piękniejsze.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj