szukaj
Samuraje przeciw reaktorom
Kim są bohaterowie, walczący o przywrócenie kontroli nad reaktorami Fukushimy? To potomkowie nieustraszonych samurajów – czy też bezrobotni, bezdomni i gastarbeiterzy?
Kim Kyung-Hoon/Reuters/Forum

Artykuł pochodzi z 12 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 21 marca.
Polityka

Artykuł pochodzi z 12 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 21 marca.

W ostatnich dniach w wielu relacjach mówiło się o 50 robotnikach pozostawionych w elektrowni Fukushima, ktorzy mimo wysokiego ryzyka poświęcaja się dla dobra ogółu, by nie dopuścić do katastrofy na wielką skalę i skażenia znacznych obszarów kraju.

Nie wiadomo na pewno, czy jest ich 50, czy dwustu, ani czy pracują w systemie zmianowym. Zarządzający elektrownią koncern TEPCO (Tokyo Electric Power Company) wycofał z terenu elektrowni setki innych pracowników, gdyż poziom radioaktywności był zbyt wysoki. Jak podawano we wszystkich mediach, na miejscu pozostali tylko nieliczni. Dołączyła do nich podobno jeszcze grupa dwudziestu ochotników.

Kim oni są – nie wiadomo. Nie znamy ich twarzy, ich tożsamość jest jedynie przedmiotem spekulacji lub fantazji. Mimo to od razu uznano ich za bohaterów i godnych potomków kamikaze, gotowych do najwyższych poświęceń i ofiary z własnego życia dla ratowania kraju. Tytuły w prasie brzmiały „Bohaterowie pod ostrzałem promieni gamma” (Frankfurter Allgemeine Zeitung) albo „50 bohaterów w straceńczej misji” (Bild).

Robotnicy jednorazowego użytku

Korespondent stacji ARD w Japonii Robert Hetkämper uważa natomiast, że wykorzystuje się do tego ludzi z góry spisanych na straty. Do niebezpiecznych robót TEPCO chętnie zatrudnia bowiem bezdomnych, robotników cudzoziemskich, bezrobotnych, a nawet małoletnich. Określa się ich mianem „robotników do jednorazowego użytku” – i zwalnia, gdy otrzymają zbyt dużą dawkę promieniowania. Hetkämper rozmawiał z japońskim lekarzem, który to potwierdził.

Taka „okrutna praktyka” stosowana jest nie tylko teraz, ale już od dziesiątków lat. Przypomina to, jak mówiła komentatorka WDR, o setkach tysięcy „likwidatorów”, którzy w Związku Radzieckim zostali zatrudnieni przy budowie sarkofagu nad czarnobylskim reaktorem i usuwaniu skażenia. Ich wtedy również poświęcono. W Japonii jednak takie spisywanie ludzi na straty jest o tyle dziwne, że zazwyczaj chętnie używa się tam robotów – jak się wydaje, nie ma ich jednak w Fukushimie.

Oddelegowane sepuku

Tak czy inaczej wydaje się pewne, że decydenci, którzy zbijali majątek na funkcjonowaniu elektrowni Fukushima 1, osobiście nie ponoszą żadnej odpowiedzialności w przypadku katastrofy, a na skażony teren wolą posyłać innych. Sprawa odpowiedzialności wygląda zresztą podobnie w Europie, gdzie każdy podatnik – nawet nie mając o tym pojęcia – jest finansowo odpowiedzialny za skutki ewentualnych awarii w elektrowniach jądrowych, ponieważ żadna firma ubezpieczeniowa nie zamierza ponosić takiego ryzyka. Decyzje podejmują politycy - ale ani oni, ani koncerny energetyczne nie ponoszą finansowych konsekwencji, które spadają na ogół obywateli.

Teza o bezpieczeństwie energetyki jądrowej brzmiałaby bardziej wiarygodnie, gdyby ci, którzy stale lobbują za tą energetyką i którzy czerpią z niej wielkie zyski, sami stawali w obliczu zagrożenia w pierwszej linii, gotowi nie dopuścić do katastrofy nawet za cenę własnego życia. Kiedy jednak na pierwszą linię frontu zamiast tego wysyła się prostych robotników, dla których liczy się każdy grosz, można mówić raczej o intratnej kulturze braku odpowiedzialności, jaka ukształtowała się – nie tylko w Japonii.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj