szukaj
Wolna strefa
Strefa wolna od Kuczmy – jak ją nazywają protestujący – mierzy trzysta, może czterysta metrów długości i pięć metrów szerokości. Rozciąga się wzdłuż Chreszczatyku, głównej ulicy Kijowa. Strefę od reszty Ukrainy oddzielają sznury, sznurki, foliowe taśmy i metalowe płotki obwieszone hasłami i antyprezydenckimi plakatami. – Mieliśmy żyć w wolnym i demokratycznym kraju. Tymczasem w Ukrainie nie ma ani wolności, ani demokracji. Jest tylko kłamstwo i cynizm władzy – tak Jura Łucenko, dziennikarz, tłumaczy, dlaczego zamieszkał tu w jednym z namiotów.

W kilkudziesięciu namiotach dzień i noc trwają na posterunku. W zimnie, śniegu, deszczu, na wietrze targającym lichym płótnem. Trzeba tu żyć, żeby wiedzieć, ile odwagi i desperacji wymaga rozpoczęcie akcji przeciwko władzy. – Namioty to już nasz ukraiński symbol walki o demokrację – przypomina Wołodymyr Czemerys. W 1990 r. w namiotach rozbitych na Majdanie Niezależnosti w Kijowie głodowali studenci. Jura i Wołodymyr byli uczestnikami tamtego protestu, który doprowadził do niepodległości kraju. Teraz są tu.

– Nie tak wyobrażałem sobie mój kraj. Dlatego po dziesięciu latach wyszedłem na ulicę – mówi Czemerys. – Przyniosłem namiot, rozbiłem go i rozpocząłem protest – dodaje Jura Łucenko.

Pierwsze namioty stanęły na Majdanie Niezależnosti w połowie grudnia ubiegłego roku. Rozpoczęły się manifestacje w Kijowie, Lwowie, Tarnopolu, Dniepropietrowsku i innych miastach. W stolicy władze postanowiły walczyć z protestującymi: odgrzebano pomysł ustawienia na Majdanie pomnika kobiety z wiankiem, uosabiającej Niezależną Ukrainę. Na Majdan wjechały spychacze i ciężarówki, praca wre w dzień i w nocy. Tę część placu oraz przyległe tereny, gdzie zwykle politykowali kijowianie, otoczono pomalowanym na zielono wysokim płotem z desek. – Tak właśnie wygląda nasza niezależność – mówi Łucenko. Wtedy przepędzeni z Majdanu uczestnicy akcji ustanowili strefę wolności wzdłuż ulicy. Kiedy policja chciała siłą usunąć namioty, zawisły na nich kartki, że stanowią prywatną własność deputowanych do Rady Najwyższej: Hołowatego, Czarnowiła, Julii Tymoszenko i innych. Sprawą zajął się sąd: rozważa, czy deputowani mają prawo posiadać prywatne namioty przy głównej ulicy Kijowa.

Kropla do kropli

Taras Czarnowił, syn Wiaczesława, dysydenta, lidera Ukraińskiego Narodowego Ruchu, opozycjonisty zmarłego w niewyjaśnionych okolicznościach, uważa, że zawsze jest ta ostatnia kropla. Taką kroplą, może przedostatnią, była sprawa Georgija Gongadze, niezależnego dziennikarza internetowej gazety „Ukraińska Prawda”. Gongadze zaginął 16 września ubiegłego roku. Po prostu wyszedł z domu i nie powrócił. Żona zgłosiła milicji fakt zaginięcia. Ale ta nie zrobiła nic, by odnaleźć dziennikarza lub wyjaśnić okoliczności jego zniknięcia. Przeciwnie, robiono wszystko, by skierować sprawę na fałszywe tropy. Ale wtedy zaczęły wychodzić na jaw sensacyjne fakty. Okazało się, że Gongadze był śledzony i straszony. Latem napisał list otwarty do prokuratora generalnego Ukrainy Mychajło Potebeńki: „Przez dwa tygodnie przedstawiciele milicji zbierają informacje o mnie wśród znajomych, nie podając celów śledztwa. Przez kilka tygodni byłem śledzony przez nieznane osoby, które jeździły za mną samochodem Żiguli. Roszczę sobie prawo do wyjaśnienia tych działań, które mają na celu uciszenie mnie. I do ochrony”.

Gongadze od dawna krytykował prezydenta Leonida Kuczmę, zarzucając mu zastraszanie elektoratu w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej i sfałszowanie referendum wiosną ub. roku, w którym przyznano prezydentowi szerokie uprawnienia. Krytykował prezydencką administrację, zarzucając jej korupcję. I szefów resortów siłowych – za przekraczanie uprawnień. Zorganizował demonstrację na rzecz wolności słowa. Podczas pobytu w USA na przełomie 1999 i 2000 r. (już po wyborze Kuczmy na drugą kadencję) ogłosił list podpisany przez 60 znanych ukraińskich dziennikarzy protestujących przeciwko ograniczeniom wolności prasy na Ukrainie. Jak mówi żona Gongadze, Myrosława, zabrał ze sobą do Ameryki komplet dokumentów potwierdzających fałszerstwa dokonane podczas wyborów prezydenckich. Jego pobyt zbiegł się z wizytą w Ameryce Leonida Kuczmy. – Teraz myślę, że nie doceniłam niebezpieczeństwa, jakie mu zagrażało – mówi Myrosława Gongadze. – Gija był symbolem wolności, dziennikarzem, który nie dał sobie kneblować ust, któremu ludzie wierzyli. Za swoje przekonania zapłacił najwyższą cenę.

Władze zaprzeczały wszystkiemu. Prokurator generalny Potebeńko ogłosił, że nie jest prawdą, iż dziennikarz był śledzony, a szef MSW Jurij Krawczenko twierdził, że tablice z numerami rejestracyjnymi, jakie podawał Gongadze w liście do prokuratora, nie należą do milicji, zostały skradzione dawno temu. Wtedy Jura Łucenko w redagowanej przez siebie gazecie ujawnił personalia czterech milicjantów, którzy śledzili Giję. – Kiedy dowiedziałam się, że śledztwem kieruje MSW i bezpieka, zrozumiałam, że nie chodzi o wyjaśnienie sprawy, lecz o jej zamazanie – mówi Myrosława Gongadze.

Być może zniknięcie Giji byłoby kolejnym, dwudziestym szóstym już niewyjaśnionym zaginięciem dziennikarza na Ukrainie. Nie stało się tak dzięki prasie. Mimo że władze próbowały wszelkimi sposobami przeszkadzać, zamknąć usta dziennikarzom, konfiskować gazety, w prasie wciąż pojawiało się pytanie: gdzie jest Gongadze? – Dziennikarze zrozumieli, że nie są bezpieczni. Że bez względu na to kim są i jaką mają kryszę, czyli kto z oligarchów ich ochrania, wcześniej czy później z każdym z nich może stać się to samo. Że tak będzie, póki nie zmieni się system. To ich zjednoczyło przeciwko władzy – mówi Myrosława. Na Chreszczatyku, w wolnej strefie, wiszą zdjęcia Giji Gongadze. Ludzie składają tu kwiaty, palą znicze.

Ciało Gongadze znaleziono 2 listopada 2000 r. 60 kilometrów za Kijowem. Zwłoki były zakopane płytko, blisko drogi do miejscowości Taraszcza. Lisy albo dziki zwąchały je i próbowały wywlec. Ciało nie miało głowy ani palców u rąk, było obdarte ze skóry. Jakby ktoś próbował utrudnić identyfikację. Ale przy zwłokach znaleziono niespodziewanie łańcuszek i medalik, z którymi Gija nigdy się nie rozstawał. Śledczy znów próbowali zmylić trop, prokuratura nie powiadomiła rodziny o odkryciu. Ciało pierwszy zidentyfikował przyjaciel dziennikarza, a następnie żona. – Chciałam znać prawdę. Pytałam śledczego o tak intymne szczegóły, które mogłam znać tylko ja. Potem poszłam do prosektorium: musiałam zobaczyć zwłoki. Przeczytałam pierwszy protokół oględzin. Wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to ciało mego męża. Okłamywanie się nie miało sensu – opowiada.

Prokuratura nadal kręciła: twierdzono, że znalezione zwłoki leżały w ziemi dwa lata. Potem temu zaprzeczano. Wyłączono ze sprawy eksperta, który prowadził pierwszą sekcję. Skonfiskowano mu materiały. Opóźniono pobranie krwi od matki Gongadze do badań kodu genetycznego. Próbowano ją zmusić do podpisania oświadczenia, że syn miał ogromne długi. Niezależne wyniki badań DNA prowadzone na Ukrainie i Rosji potwierdziły w 99,6 proc., że znalezione zwłoki to ciało Gongadze. Prokuratura twierdzi wciąż, że taki dowód to za mało.

„Uczyniono wszystko, by ciało nie zostało zidentyfikowane” – napisali w swym raporcie wysłannicy organizacji Dziennikarze bez Granic, którzy badali w Kijowie sprawę zaginięcia Gongadze. W raporcie domagają się wyjaśnienia sprawy do końca.

Być może władza chciała nastraszyć innych: patrzcie, co robimy z niepokornymi. Ale sytuacja wymknęła się spod kontroli – mówi Wołodymyr Czemerys.

Odrzucić strach

To nie sprawa Gongadze była ostatnią kroplą, lecz skandal z kasetami majora Melnyczenki – uważa Sasza Krywenko, rzecznik prasowy Forum Ocalenia Narodowego, obywatelskiego, niezależnego i opozycyjnego wobec władzy prezydenta ruchu na rzecz zmian w kraju. – Dopiero taśmy pokazały bezgraniczny cynizm jego administracji, kłamstwa, brudy, podłość, brak hamulców. Gdyby nie taśmy, wszystko pewnie znów poszłoby w zapomnienie.

Oficer prezydenckiej ochrony Mykoła Melnyczenko nagrywał potajemnie rozmowy w gabinecie Kuczmy. Potem zwolnił się ze służby, wyjechał za granicę. O treści kaset poinformował w parlamencie Ołeksandr Moroz, lider socjalistów, przeciwnik prezydenta i jego rywal w ostatnich wyborach. Z nagrań wynika, że prezydent przynajmniej zlecił „uciszenie” Gongadze, że wygrał wybory sięgając do środków nacisku, że w jego gabinecie w poufnych rozmowach poruszane były dziwne tematy. W dodatku używa języka jak z rynsztoka, a wtórują mu jego ludzie gotowi na wszystko.

I znów władza zaprzeczyła. Kuczma przysięgał publicznie, że nawet nie zna tak wulgarnych słów, a prokurator generalny oświadczył, że taśmy są fałszywką. Kiedy Taras Czarnowił potwierdził, że zarejestrowana na kasetach rozmowa jest jota w jotę tą, jaką odbył w gabinecie Kuczmy, prezydent zaczął tracić grunt. Najpierw oświadczył, że nauczył się przeklinać kierując fabryką rakiet w Dniepropietrowsku. – Teraz nikt mu nie wierzy, choćby przysięgał w cerkwi – powiada Krywenko. – Ludzie uważają, że jest zamieszany w skandal ze zniknięciem dziennikarza i to właśnie jest ta ostatnia kropla. Dzięki temu Ukraińcy połączyli się wokół wspólnej sprawy usunięcia Kuczmy, przejrzystości w polityce, biznesie, powstania społeczeństwa obywatelskiego.

Zrozumieliśmy, że to nie zwykłe zniknięcie dziennikarza, lecz zabójstwo polityczne. Ta informacja dała ludziom prawo otwartego mówienia. Wcześniej wszyscy sobie szeptali na ucho, ze strachem. Teraz informacja poszła w świat i ośmieliła Ukraińców. Zaczęły się mitingi, demonstracje, protesty, wspólne działanie – mówi Lewko Łukianenko, 27 lat w łagrze, lider Partii Republikańskiej.

Na Chreszczatyku radykałowie, młodzi uczestnicy protestu, którzy mówią, że pójdą walczyć z milicją, jeśli będzie trzeba, krzyczą: „Najpierw ukradli nasze pieniądze, a potem władzę. To nie demokracja, to kuczmizm. To nie prezydent, ale kłamca”.

Leopold Taburiański, przewodniczący Narodowej Partii Ukrainy, były deputowany, podkreśla, że jest tu na ulicy od dwóch miesięcy. – Albo on, albo my. Trzeciego wyjścia nie ma. Jeżeli Ukraina ma się stać demokratycznym krajem, to prezydent i deputowani powinni być wybierani, a nie naznaczani przez klasę oligarchów, jak dotychczas. Władza nie może być przydzielana za łapówki. – Musimy po nich posprzątać – mówi Taburiański.

Akcja gromadzi skrajną nacjonalistyczną prawicę, lewicę i demokratyczne centrum. – Nie wyłoniliśmy lidera, na razie lider jest kolektywny – wyjaśnia Czemerys. Wszystkim od prawej do lewej chodzi o to samo, o zmianę systemu politycznego.

Taras Czarnowił, namiot nr 29, jest zdania, że hasło Ukraina bez Kuczmy to dziś za mało. Pytanie jest szersze: Jaka Ukraina, z kim, jak dokonać zmian bez rozlewu krwi? Zwłaszcza pytanie: kto po Kuczmie? jest poważne i trzeba na nie w końcu odpowiedzieć. Bo Kuczma – uważa Czarnowił – to generał bez armii, a jego ludzie myślą teraz, na jakiej stacji wyskoczyć z rozpędzonego pociągu donikąd. Ulica nie daje odpowiedzi, dlatego elity polityczne zawiązały Forum Ocalenia Narodowego, coś na kształt pozaparlamentarnej opozycji, zjednoczonej w tym momencie wokół jednej sprawy. Forum zdecydowało nie wybierać lidera, na jego czele stoi 15-osobowa rada. – Z pewnością wkrótce wyłonią się przywódcy – uważa Czarnowił. Jego zdaniem lidera nie da się wyznaczyć, musi być zaakceptowany powszechnie, mieć charyzmę, porwać tłumy. Sam Czarnowił nie czuje się liderem, choć po ojcu odziedziczył energię i temperament.

– Sytuacja opozycji jest skomplikowana – przyznaje Borys Tarasiuk z partii Reformy i Porządek, odsunięty przez Kuczmę minister spraw zagranicznych Ukrainy. W parlamencie opozycją są komuniści, oligarchowie i socjaliści. Blok większościowy popierający władzę tworzą partie demokratycznej centroprawicy. Ale ten blok nie powstał spontanicznie, lecz pod groźbą rozwiązania Rady Najwyższej przez prezydenta. Tymczasem „uliczna” opozycja to właśnie demokratyczna centroprawica i socjaliści. To oni wspierają i tworzą Forum Ocalenia Narodowego i akcję Ukraina bez Kuczmy. Trudno sobie jednak wyobrazić, żeby taka konstelacja mogła przetrwać: demokratom nie po drodze z nacjonalistami ani z socjalistami Moroza. Nie ma się też co łudzić, że obecna większość parlamentarna przetrwa jako frakcja popierająca władzę, skoro większość większości przystąpiła do opozycji poza parlamentem.

Dotychczas liderem opozycjonistów był premier Wiktor Juszczenko. Ale wypadki ostatnich dni pokazały, że Juszczenko nie ma temperamentu wiecownika: wraz z prezydentem i spikerem parlamentu Iwanem Pluszczem podpisał oświadczenie, w którym to co dzieje się na ulicach Kijowa (i w gabinetach opozycyjnych polityków) nazwano wojną psychologiczną, bezprecedensową kampanią wymierzoną w prawowitą władzę, próbą destabilizacji państwa przez wrogie siły. Protestujących potraktowano jak faszystów, a opozycję jak przestępców chorych z nienawiści i żądnych władzy. Juszczenko wysyła dziś sygnały, że był zmuszony do podpisania dokumentu, więc część opozycji nie spisała go na straty. Premier zdobył uznanie Ukraińców, gdy na serio wziął się za bary z kryzysem gospodarczym. Wypłacił zaległe pensje i emerytury. Udobruchał nieustająco protestujących górników, podniósł wynagrodzenia o jeden bochenek chleba, jak się tu mówi. Swoim autorytetem załatwił kolejne transze zachodnich kredytów. Ale co tydzień pojawiają się zapowiedzi dymisji premiera, dochodzą odgłosy walki. Kuczma oficjalnie zaprzecza, ale niewielu wierzy jego słowom.

Tylko zapłakać

Jak żyć za 120 hrywien miesięcznie, równowartość 20 dolarów? – pyta Nadjeżdża Tkacz, matka pięciorga dzieci, odznaczona medalem za zasługi pronatalne, a teraz w opozycji na ulicy. Nadjeżdża nie ma pieniędzy na jedzenie dla dzieci, na odzież. Jej syn musiał zrezygnować z nauki, nie miał pieniędzy na czesne, nie dopuszczono go do egzaminów.

Pod bokiem protestujących zbierają się kontestatorzy niezainteresowani polityką. Dzieciaki zaciągające się papierosami, nastolaty nagrzane piwem ciągniętym wprost z butelki, kobiety w przyciasnych płaszczach, mężczyźni w butach bez zelówek. Sprzedawcy kwiatów, kotów i żebracy. W największym w mieście przejściu podziemnym życie kwitnie do późnej nocy. W szarości papierosowego dymu ktoś gra na gitarze bluesa lub rocka. A czterech facetów improwizuje jazzowe kawałki: Cygan w czerwonym szaliku na kontrabasie, facet w tandetnym półkożuszku na saksofonie, student szaleje na skrzypcach. A na harmonii gra facet w kaszkiecie i wyleniałym paletku w kratkę. Ktoś tańczy po pijaku, ktoś śpiewa. Młodzi mówią, że chcą żyć normalnie, chcą mieć pracę i pensję, która wystarcza na chleb, światło i mieszkanie, nie chcą kłamać, dawać łapówek. Jeśli nie uda się tego załatwić, to chcą wyjechać, byle dalej od Ukrainy. Na pytanie, jak żyją, odpowiadają jednym słowem: chujowo.

Tymczasem prezydent Kuczma coraz dalej brnie w oświadczeniach. Zaprzecza, że w kraju trwa poważny kryzys polityczny. Twierdzi nawet, że na Ukrainie nie ma opozycji. I nie będzie tak długo, póki on nie zadekretuje jej istnienia ustawą. Nie wyznaczy opozycji praw i obowiązków.

W więzieniu – śledczym izolatorze nr 13 w Kijowie – wylądowała kilka dni temu Julia Tymoszenko, była wicepremier rządu, liderka partii Batkiwszczyna, popierającej akcję Ukraina bez Kuczmy i uczestniczącej w Forum. (Mówi się, że Tymoszenko wspierała finansowo działalność obu opozycyjnych ciał). Lady Ju, jak nazwano tu byłą wicepremier, oficjalnie obwiniana jest o nieczystą grę w biznesie i dawanie łapówek byłemu premierowi Łazarence (Łazarenko wywiózł z Ukrainy potężną kasę, może nawet ponad miliard dolarów i siedzi w areszcie w Kalifornii). Wszyscy wiedzą jednak, że chodzi o politykę, o udział Tymoszenki w działaniach przeciwko prezydentowi. Ulica okrzyknęła więc Julię ukraińską Joanną d’Arc. Pod izolatorem śledczym zbierają się pikiety. Przed siedzibą generalnego prokuratora manifestowało blisko tysiąc osób, żądając jej uwolnienia. Tysiąc osób to na Ukrainie dużo. Już tysiąc osób pokonało strach. – To dobry znak – komentuje ten widoczny przypływ odwagi w sercach Ukraińców Lewko Łukianenko. – Myślę, że ten ruch będzie narastał, póki nie doprowadzi do odejścia Kuczmy. Zdaniem Łukianenki milicja nie zdecyduje się dziś strzelać do tłumu.

Łeś Taniuk, deputowany, uważa, że obecna sytuacja wynika z niedokończonej rewolucji z 1991 r. Nie odsunięto od władzy komunistów, nie rozpędzono kagiebeszniaków, bezpieki. Nie zreformowano gospodarki. W wyborach zwyciężył Kuczma, bo naród głosował przeciwko komuniście Krawczukowi. Powstały klany oligarchów kontrolujące energetykę, przemysł paliwowy i węglowy. Nie do pokonania. Im na rękę jest prezydentura Kuczmy (zięć prezydenta kontroluje sektor rur gazowych). Po raz drugi, w 1999 r., Kuczma zwyciężył jako gwarant kursu prozachodniego.

Tarasiuk z partii Reformy i Porządek uważa, że te proeuropejskie obietnice prezydenta to blef. Tłumaczy: Kuczma od roku udowadnia każdą decyzją i nominacją, że zmierza na Wschód, że bliżej mu do ZBIR-u niż do Unii Europejskiej. Zwłaszcza teraz, gdy w kraju pogłębia się kryzys polityczny. Zdaniem opozycji prezydent za cenę ochrony własnej głowy gotów jest podporządkować interesy kraju Rosji. Rosja, w zamian za poparcie, żąda dostępu do prywatyzacji strategicznych przemysłów. – Putin to dziś dla Kuczmy zapasowe lądowisko – uważa Łukianenko.

Tymczasem Zachód zdaje się zaskoczony rozwojem sytuacji w Kijowie: czyżby postawił na niewłaściwego konia? – A co będzie, jeśli niezależni eksperci w Wiedniu, którzy badają prawdziwość taśm majora Melnyczenki, orzekną, że nie są sfałszowane, czy będzie to oznaczać izolację Kuczmy, izolację Ukrainy? – zastanawia się Tarasiuk. Jasne jest, że żaden ukraiński sąd nie uzna taśm za wystarczający dowód.

Myrosława Gongadze mówi, że boi się radykalizmu, rewolucji, rozlewu krwi. Jest kobietą, matką 3-letnich bliźniaczek. Swoje już przeszła. Chciałaby jednak zmian. Nie ma ochoty żyć w takim kraju, jakim dziś jest Ukraina. – Powinny zajść drogą demokratyczną. Są przecież takie mechanizmy, które pozwalają kontrolować władzę – mówi. Chciałaby, żeby to się udało, bo jeśli nic nie miałoby się zmienić, to tylko zapłakać nad naszą Ukrainą.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj