Drużyna zabójców
Sześć lat po skandalu z torturami w irackim więzieniu Abu Ghraib amerykańscy żołnierze znowu stoją przed sądem. Są oskarżeni o zabijanie spokojnych Afgańczyków dla sportu i pozowanie przy ich trupach do drastycznych zdjęć.
Marion Doss/Flickr CC by SA

Zdjęcia z wyczynami amerykańskich żołnierzy w Afganistanie opublikował m. in. magazyn 'Rolling Stone'

Zdjęcia z wyczynami amerykańskich żołnierzy w Afganistanie opublikował m. in. magazyn "Rolling Stone"

Artykuł pochodzi z 13 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 28 marca.
Polityka

Artykuł pochodzi z 13 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 28 marca.

W Cape Coral na Florydzie jest trzecia po południu, gdy Christopher Winfield dostaje esemesa od syna z Afganistanu. Idzie do gabinetu, siada przy komputerze i otwiera swoje konto na Facebooku. W Afganistanie wtedy dochodzi północ. Syn dał mu znać, że chce się skontaktować na Facebooku, dyskretnie, nie przez telefon, żeby nikt w obozie go nie usłyszał. Czy to powód do niepokoju? Adam Winfield, lat 21, najstarszy syn Christophera, jest kierowcą wozu bojowego typu Stryker w bazie Ramrod, jednej z najdalej położonych i najniebezpieczniejszych amerykańskich placówek wojskowych w Afganistanie. Ale ojciec cieszy się, że syn się odezwał: to znaczy, że żyje. Od trzech tygodni nie było od niego żadnych wiadomości. Teraz o 15.18 zaczyna czytać na czacie.

Adam: „Jestem w niebezpieczeństwie”.

Christopher: „Co ci grozi?”.

Adam: „Chłopcy z mojej jednostki zabili niewinnego Afgańczyka. Miał tyle lat co ja. Wiedziałem o tym wcześniej, ale nie wierzyłem, że naprawdę to zrobią. Prawie wszyscy w jednostce o tym wiedzą, ale uważają, że nie ma sprawy. Tylko ja tak nie uważam. Chciałbym coś z tym zrobić, ale boję się”.

Kilka minut trwa milczenie.

Adam: „Zrozumiałeś, co napisałem?”.

Christopher: „Tak. Morderstwo“.

Te słowa zostaną zacytowane rok później, gdy Adam Winfield stanie przed sądem wojskowym. Mają posłużyć jako dowód w dramacie, który najwidoczniej przeistoczył młodych żołnierzy w potwory. Tamta rozmowa z ojcem zdaje się świadczyć, że jego syn został wbrew woli wciągnięty w proceder, który doprowadził do zbrodni wojennych. Adam staje przed sądem jako jeden z 12 młodych mężczyzn, których wojna połączyła w zwarty zespół – Kill Team, Drużynę Zabójców, jak sami się nazywali. Teraz piszą o nich gazety, bo dokonywali egzekucji na cywilach – po prostu tak sobie, dla zgrywy. To niewiarygodna zbrodnia i skandal tego samego kalibru co Abu Ghraib – owo irackie więzienie, gdzie amerykańscy żołnierze torturowali więźniów dla zabawy.

I tu, i tam sprawcy upamiętniali swoje czyny na zdjęciach. Kill Team fotografował swoje ofiary, jakby żołnierze przybyli do Afganistanu w poszukiwaniu trofeów. Jakby ich upiorne suweniry miały służyć później za dowód, jacy to byli z nich twardziele w Afganistanie. Te zdjęcia są może nawet bardziej odrażające niż fotki z Abu Ghraib. Tamte były świadectwem pogardy dla godności uwięzionych Irakijczyków, te są świadectwem pogardy dla życia mieszkańców Afganistanu.

W dobrej sprawie

Dla młodego żołnierza Adama Winfielda wojna w Afganistanie była z początku dobrą, słuszną wojną – nigdy w to nie wątpił. Przybył do Afganistanu w lipcu 2009 r., gdy prezydent Barack Obama zgodził się poważnie zwiększyć liczebność stacjonujących tam amerykańskich wojsk. Także dla Obamy Afganistan był „potrzebną wojną” – w odróżnieniu od wojny w Iraku, którą jego poprzednik George W. Bush wszczął wbrew protestom połowy świata.

Christopher Winfield wpatruje się znowu w protokół tamtego czatu. Nie mógł wtedy uwierzyć w to, co napisał mu syn, gdy spytał o tego zabitego chłopca. „Tak po prostu zaatakowali go i zabili?”. Musi długo czekać na odpowiedź, bo połączenie z Afganistanem w sieci jest marne. Co chwila pojawia się komunikat, że Adam jest „offline”. W końcu przeczytał: „Upozorowali, że to tamten chłopak rzucił w nich granatem i wtedy go załatwili”.

Christopher: „Nie rozmawiaj o tym z nikim, bo nie wiesz, komu możesz zaufać”.

Adam: „Muszę coś postanowić. Czy mam postąpić jak należy i samemu się narazić, czy po prostu siedzieć cicho? Armia zostawiła mnie tu na pastwę losu. Myślałem, że jestem tutaj, by służyć dobrej sprawie. Ale to wszystko kłamstwo. Tutaj nikogo dobrego nie ma”.

Christopher: „Powiedz im, że nie powiesz nikomu ani słowa. Upewnij ich. Oni muszą myśleć, że wszystko jest OK, że jesteś po ich stronie. Udawaj, że nic się nie stało”.

Christopher Winfield obiecuje synowi zorganizować pomoc, ale dyskretnie, włączyć w to wyższe władze. Dodaje jeszcze: „Bądź ostrożny”. Nie ufaj nikomu! Zaraz potem Adam znowu jest offline.

Teraz ojciec chwyta za telefon. Najpierw dzwoni do biura inspektora generalnego armii, potem do prokuratury wojskowej, potem do Billa Nelsona, senatora z Florydy. Wszędzie nagrywa swoją wiadomość. W końcu wybiera numer Fort Lewis, macierzystej bazy brygady, w której służy jego syn. Tam wreszcie ktoś odbiera telefon: dyżurny sierżant James Beck. Christopher Winfield rozmawia z nim 12 minut. Opowiada, że w Afganistanie został zabity niewinny cywil i że zapewne nie jest to jedyny taki mord. Że ktoś musi położyć temu kres. Sierżant mówi, że zapisuje jego numer i że przekaże informację wyżej. Gdy ojciec Adama odkłada słuchawkę, jest 16.18. Potem czeka – mijają godziny, dni, tygodnie. Nigdy więcej nie usłyszy o sierżancie Becku.

Pluton, kryć się!

Zbrodnia, o której Adam opowiedział ojcu, miała miejsce – jak ustalili śledczy – miesiąc wcześniej, 15 stycznia 2010 r. Pluton Adama patrolował wówczas okolice na zachód od Kandaharu. W skład patrolu wchodzili sierżant Calvin Gibbs, lat 25, dowódca, kapral Jeremy Morlock, lat 22, jego prawa ręka, i 19-letni starszy szeregowy Andrew Holmes. Kierowcą jednego ze strykerów był Adam Winfield – dumny, że to on prowadzi ciężki pojazd po usianych minami drogach.

Między wzgórzami a polem maku leży wioska La Mohamed Kalaj, licząca około dwóch tysięcy mieszkańców. Uważano, że w tym rejonie znaczne są wpływy talibów. Żołnierze w wozach bojowych mieli za zadanie zapewnić bezpieczeństwo podczas spotkania amerykańskich oficerów z wioskową starszyzną. Na miejscu Gibbs i inni wyskoczyli z pojazdów. Adam został, by pilnować pojazdu.

Ludzie Gibbsa najwidoczniej już wcześniej planowali w tym dniu kogoś zabić. Według akt sprawy Gibbs dał swemu podwładnemu Morlockowi granat, który tamten miał rzucić. Chodziło o to, by upozorować atak Afgańczyków na amerykańskich żołnierzy, którzy mieli wówczas prawo strzelać – rzekomo w obronie własnej. Winfield przypominał sobie później, że Gibbs i Morlock planowali to przez cały tydzień.

O 9.30 tego ranka pojawia się młody Gul Mudin, syn miejscowego chłopa. Morlock widzi go i daje znak ręką, by chłopak podszedł. Tamten myśli zapewne, że żołnierz chce go o coś spytać. Podchodzi, w odległości pięciu metrów podnosi poły kurtki, aby było widać, że nie ma przy sobie ładunków wybuchowych ani broni. Morlock w tym momencie odbezpiecza granat i jednocześnie krzyczy: Pluton, kryć się! Jakby to był napad. Holmesowi wydaje rozkaz przygotowania broni do strzału, a sam rzuca granat, który wybucha obok chłopca. Pada osiem strzałów, Afgańczyk leży martwy. Zbiegają się żołnierze, rozcinają jego odzież. Morlock staje nad trupem, unosi jego głowę i pozuje do fotografii. Potem każe Holmesowi także się sfotografować. Gibbs wydaje rozkaz wycofania się. Później – jak wynika z protokołów – miał pokazywać odcięty mały palec zabitego.

Gdy żołnierze wsiadają z powrotem do wozu, panuje szczególna atmosfera. Są podnieceni, każdy jak pijany opowiada własną wersję tego, co się stało, klepią się po plecach, jak po wygranym meczu. Adam Winfield stopniowo uświadamia sobie, że na tym makowym polu naprawdę stało się coś, co wydawało mu się nie do pomyślenia. Sprawcy pokazują mu teraz zdjęcia z martwym Afgańczykiem jak swoje trofea, a on pośród tych nieznośnych przechwałek uświadamia sobie, że i na nim ciąży część winy. Zna już bowiem śmiertelną tajemnicę swego plutonu i przeczuwa, że ta wiedza również dla niego może okazać się zgubna.

Czuje się potem fatalnie. Boi się, przez trzy dni zmaga się z wyrzutami sumienia, potem wysyła do ojca e-mail: „Tu się dzieją straszne rzeczy, ale nie mogę o tym mówić”. Będzie jednak musiał mówić. Obecnie już cały Kill Team przebywa w areszcie. Oskarżonych jest w sumie 12 żołnierzy, w tym pięciu o umyślne morderstwo. Inne punkty oskarżenia to profanacja zwłok, używanie narkotyków, pobicie kolegi. Cała sprawa budzi duże poruszenie w Stanach Zjednoczonych. Prawie dwie trzecie Amerykanów nie może już pojąć, jaki jest sens tej wojny. Dla wielu zaś ta historia nienagannych żołnierzy, którzy w Afganistanie stali się potworami, jest jeszcze jednym argumentem za jak najszybszym powrotem amerykańskich żołnierzy do domu.

Niewidzialny wróg

Dla Adama Winfielda przybycie do Afganistanu było spełnieniem marzeń. Miał poczucie udziału w doniosłej misji. Jego ojciec służył w marines, stryj – w marynarce wojennej. Obaj byli zdania, że Adam nie pasuje do wojska. – Nieśmiały, uduchowiony, miękki – mówi matka. Pamięta, że jeszcze jako chłopiec zagłębiał się w książkach, że sprawdzał w trzech, czterech encyklopediach, gdy nie rozumiał jakiegoś wyrazu. Jako uczeń śpiewał w chórze kościelnym. Potem udał się z chrześcijańską grupą młodzieżową do Boliwii, zobaczył tamtejszą nędzę i po powrocie obiecał: Tato, nigdy już nie będę się na nic skarżył.

Chciał sprawdzić się jako mężczyzna – mówi dziś ojciec.

W Afganistanie brygada Winfielda ponosiła ciężkie straty. Od czasu jego przybycia w lipcu 2009 r. zginęło 36 kolegów, z których 33 poległo w potyczce albo od wybuchu miny. Adam był świadkiem rozmów o ciałach kolegów rozerwanych na strzępy, słyszał, że niekiedy udawało się znaleźć tylko poszczególne części ciała – ręce, ramiona, głowy, palce – dosyć, by ustalić tożsamość poległego, ale za mało na godny pogrzeb. Nagle się okazało, że Afganistan jest o wiele niebezpieczniejszy, niż to sobie wyobrażał Winfield. Ramrod leży w kulturowym centrum kraju, tu w Kandaharze przechowywany jest płaszcz proroka Mahometa. To jedna z najświętszych miejscowości w Afganistanie – a zarazem ostoja talibów.

Wroga Adam Winfield widywał rzadko. Jego koledzy, podobnie jak on sam, jeśli widują talibów i ich pomocników, to tylko nocą przez noktowizor. Nocą pomocnicy talibów zakopują w terenie miny, w dzień przebywają w kryjówkach. Amerykanie zaś w dzień jeżdżą na bezsensowne patrole, są sfrustrowani i znudzeni. Wróg – jak mówi ojciec Adama – pozostaje niewidzialny do czasu, aż któryś z kolegów nagle zostaje wysadzony w powietrze. – Oni walczą z widmem – komentuje Christopher.

Rambo z Montany

Adamowi wszystko wydaje się teraz wrogie, brudne, godne politowania. Pośród 3,5 tys. żołnierzy czuje się osamotniony. Wszystko budzi w nim wstręt: sąsiad, chrapanie; każdy wydaje mu się podejrzany. Śmierdzi tu kałem i moczem – jak relacjonuje rodzicom – kwatera nie jest taka wygodna, jak się spodziewał, i do tego jeszcze pojawił się ten nowy sierżant – Calvin Gibbs.

Gibbs stacjonuje w Ramrod od listopada 2009 r. (jego poprzednik wskutek wybuchu miny stracił obie nogi). To wytrenowany olbrzym z Billings w górzystym stanie Montana. Ma krótkie jasne włosy i niebieskie oczy, 1,95 m wzrostu, waży 100 kg – dwa razy tyle co Winfield. – Typ onieśmielający samą swoją posturą – mówi ojciec Adama. Sam Adam nazywał Gibbsa „Rambo” i uważał za kogoś, kto jest w stanie mordować bez oporów.

Poczynając od dnia, w którym Gibbs pojawił się w obozie, zasadniczo zmienił się nastrój Winfielda i całej jednostki. Nagle zapanował inny, brutalniejszy ton. Gibbs ma doświadczenie w akcjach bojowych, w jednej z takich akcji w Iraku brał udział już w 2004 r. Od początku wprowadza rządy strachu. Jeśli mówi, to przeplata słowa bluzgami. Wobec podwładnych bywa bezlitosny. Dla niego nie istnieje żadna różnica między dobrą a złą wojną. Wojna to wojna. Nie ma zamiaru troszczyć się o Afgańczyków. – On ich wszystkich nienawidzi – zezna później Morlock. Z początku udaje się przywrócić po części spokój w jednostce. Liczba rannych się zmniejsza. Jednak Gibbs od początku nie kryje, że wprost nie może patrzeć na Winfielda. Gdy Winfield któregoś dnia zapomina zamknąć wóz, Gibbs każe mu robić pompki. Przepada za upokarzaniem Winfielda na oczach wszystkich.

Gibbs pochodzi z prostej rodziny. Jego ojciec pracował jako dozorca w kościele mormonów. Dla Calvina szkoła była swego rodzaju karą albo czymś dla karierowiczów. Sam wyleciał ze szkoły w Billings, gdy miał 15 lat. Gdy tylko osiągnął wymagany wiek, zgłosił się do wojska. Chętnie służyłby w marines, ale jak na tę formację przerwał naukę za wcześnie. Tym bardziej nienawidził więc tych małych mądrali razem z ich książkami – właśnie takich gości jak Winfield. Kapral Winfield w oczach Gibbsa był nieudacznikiem. Nie tylko z powodu książek. Winfield, podobnie jak wielu młodych żołnierzy, odczuwał lęk na myśl o chwili, gdy po raz pierwszy przyjdzie mu zabić. Jego ojciec mówi: Miał ataki strachu, bo nie wiedział, czy naprawdę byłby w stanie kogoś zabić, nawet gdyby wrogowie strzelali do niego.

 

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj