A imię jego…
Dla rządów państw zachodnich rewolucje w krajach arabskich są wyzwaniem głównie politycznym, dla gazet także ortograficznym.
Kadafi czy Al-Kaddafi?
Ismail Zitouny/Reuters/Forum

Kadafi czy Al-Kaddafi?

Czytelnicy POLITYKI od tygodni dzielnie przedzierają się przez teksty o Mubaraku, ElBaradeim, Kadafim i Asadzie. No właśnie: a może Moubaraku, Al-Baradaju, Al-Kaddafim i Al-Assadzie? Jeden tylko libijski przywódca doczekał się, jak policzył ABC News, 112 sposobów zapisu swojego imienia i nazwiska, każdy z pozostałych polityków arabskich ma ich co najmniej kilka, również w polskiej prasie. Uznaliśmy, że czas ułatwić życie czytelnikom – nawet za cenę niekonsekwencji i narażenia się językoznawcom.

Najwięcej problemów nastręczają nazwiska bliskowschodnie. Alfabet arabski notuje spółgłoski, samogłoski są różne w zależności od dialektu. Arabiści próbują obchodzić tę różnorodność, przyjmując układ samogłosek zgodny z arabskim klasycznym, tyle że rezultaty bywają absurdalne: Osama ibn Laden raczej nie odwróci się na ulicy Rawalpindi, gdy zawołamy za nim Usama ibn Ladin. W POLITYCE przyjmujemy więc zapis jak najbliższy rzeczywistemu brzmieniu (Musa Kusa nie Moussa Koussa) i pomijamy podwójne litery tam, gdzie nie są istotne dla polskiej wymowy (Baszar, nie Baszszar).

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną