Zachodnia Afryka: kres walki o władzę
Wybrzeże wciąż płonie
Na Wybrzeżu Kości Słoniowej skończyła się walka o władzę. O trwały pokój będzie niezwykle trudno.

Zwycięzca listopadowych wyborów wreszcie pojmał samozwańczego prezydenta. Alassane Ouattara, za którego kciuki trzymały Stany Zjednoczone i Europa, czekał aż cztery miesiące, by w pałacu w Abidżanie zająć miejsce Lauranta Gbagbo. Ten rządził krajem od dekady i po przegranej elekcji w zeszłym roku ani myślał oddawać władzę – zakwestionował wynik wyborów i wezwał do zbrojnego oporu przeciw Ouattarze. Tak na Wybrzeżu Kości Słoniowej wybuchła kolejna wojna domowa, druga w ciągu ostatnich lat. Chrześcijańskie, ksenofobiczne południe, wspierające Gbagbo, ponownie starło się muzułmanami z północy, która jest matecznikiem sił Ouattary.

Do tej pory nie zdołano dokładnie policzyć ofiar konfliktu. Według szacunków organizacji Human Rights Watch zginęło co najmniej 1,5 tys. osób. Wojna, niesłusznie pozostająca w cieniu wydarzeń w Tunezji, Egipcie, Libii, na Bliskim Wschodzie i w Japonii, wywołała regionalny kryzys humanitarny – ponad 100 tys. uchodźców zbiegło do sąsiednich państw, Liberii i Ghany, aż milion ludzi opuściło swoje domy. To pewne, że mordowały obie strony, także wspierane przez siły ONZ oddziały Ouattary, które podczas marszu na południe pacyfikowały całe wsie. Popełniane przez nich zbrodnie to powrót do najczarniejszych kart afrykańskich wojen domowych, znów żołnierze w błękitnych hełmach byli bezradni.

Choć Gbagbo jest w rękach rywala, nadal grasują jego milicje, szczególnie Młodzi Patrioci, paramilitarne nacjonalistyczne bojówki, którym w ostatnich tygodniach rozdano dużą liczbę broni. Dziś uzbrojeni w kałasznikowy szukają odwetu, polują także na przybyszów z Mali, Burkina Faso i Sierra Leone, których uważają – obok „neokolonialnej” Francji – za winowajców niedoli ich kraju.

Alassane Ouattara stoi teraz przed niezwykle trudnym zadaniem, odziedziczył kraj z głębokimi podziałami, które w ostatnich miesiącach jeszcze bardziej się pogłębiły. Dla prawie połowy rodaków pozostaje pariasem: jego matka to przecież imigrantka z Burkina Faso, za dużo czasu spędził na Zachodzie, ma żonę Francuzkę, w szturmie na bunkier Gbagbo wspierały go francuskie wojska, musi być więc marionetką Francji. Tej samej, z którą swego czasu walczył patriota Gbagbo. Dla Francji to kłopotliwa sytuacja. Biznes francuski ma nadzieję, że stabilizacja polityczna pozwoli mu wreszcie wrócić na Wybrzeże, kraj wielkich możliwości i największych na świecie plantacji kakao. Dlatego Paryż tak mocno podkreśla, że to wojska Ouattary wykurzyły Gbagbo z bunkra, co dementują stronnicy byłego prezydenta.

Zapewne Gbagbo z aresztu w hotelu Golf, dotychczasowej siedzibie Ouattary, powędruje teraz na salę sądową z zarzutem rozpętania wojny domowej. Kłopot w tym, że stanie przed sędziami, których sam nominował. Jeśli bezstronność sędziów wzbudzi wątpliwości, także ze względu na możliwe naciski prezydenta Ouattary, sprawę samozwańca może rozpatrywać Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. Na razie nie wiadomo, kto osądzi zwycięzców.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj