szukaj
Nie stać nas na kapitalizm
O rząd dusz na świecie w czasach kryzysu walczą ze sobą dwie drużyny. Jedną reprezentują kapitaliści z Wall Street, drugą – komuniści ze spółki akcyjnej Chiny SA. Co wyniknie z tej rywalizacji – zastanawia się Francis Fukuyama.
Francis Fukuyama
Ulf Andersen/BEW

Francis Fukuyama

Artykuł pochodzi z 17/18 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 26 kwietnia.
Polityka

Artykuł pochodzi z 17/18 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 26 kwietnia.

Już na długo przed ostatnim kryzysem państwa rozwijające się zaczęły dystansować się od modelu gospodarki wolnorynkowej. Finansowe załamanie lat 90. w Azji Wschodniej i Ameryce Łacińskiej zdyskredytowało wiele pomysłów kojarzonych z tak zwanym Konsensem Waszyngtońskim (rozumianym, w największym skrócie, jako liberalizację rynków, deregulację, prywatyzację sektora państwowego, równowagę finansów, obniżanie podatków – przyp. FORUM). W ramach tego konsensu szczególną atencją darzono swobodę przepływu kapitałów zagranicznych mających przyczyniać się do stymulacji wzrostu gospodarczego.

Fetysz otwartego rynku

Pierwszą nauczką wyniesioną z kryzysu w latach 2000 było pozbycie się tej wiary. Jedną z konsekwencji kryzysu finansowego 2008/2009 było odkrycie przez Amerykanów i Brytyjczyków tego, co Azjaci wymyślili już ponad dziesięć lat temu: że otwarte rynki kapitałowe, w połączeniu z nieuregulowanym sektorem finansowym, to doskonała recepta na katastrofę.

Gospodarcze miraże

Pod wpływem kryzysu azjatyckiego wielu amerykańskich ekspertów przestało nawet zalecać krajom rozwijającym się szybką liberalizację, a w jej miejsce zalecali tzw. sekwencjonowanie, czyli liberalizację - ale dopiero po wcześniejszym zbudowaniu silnego systemu regulacji i nadzoru bankowego. Zabawne, że ci sami eksperci dostrzegali u innych niebezpieczeństwa kryjące się w gigantycznym, nieuregulowanym i nakręconym złymi kredytami sektorze finansowym, ale nie widzieli ich w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2008 r. doszło do wielkiego kryzysu. Kraje, które podążały tą samą drogą co USA – Islandia, Irlandia czy niektóre państwa Europy Wschodniej – zostały nieźle posiniaczone i wciąż trudno im się pozbierać. Ich dobre wskaźniki wzrostu z lat 2002–2007 okazały się mirażem, odzwierciedlającym nie tyle mocne fundamenty gospodarki, co łatwą dostępność kredytów i wysoki udział tzw. lewarowania.

Drugą nauczką wyciągniętą z kryzysu w krajach rozwijających się powinna być konieczność nowego podejścia do polityki socjalnej.

Przed kryzysem tamtejsi decydenci uważali w większości, że strategie maksymalizacji efektywności gospodarki mają pierwszeństwo nad systemem zabezpieczenia społecznego. Pod koniec lat 70. i na początku 80. amerykański prezydent Ronald Reagan i brytyjska premier Margaret Thatcher doszli do władzy, atakując nowoczesne państwo opiekuńcze. Ich krytyka znajdowała nawet uzasadnienie: państwowy aparat biurokratyczny rozrósł się ponad miarę, a wśród obywateli zakorzeniła się roszczeniowa mentalność „bo mi się należy”.

Konsens Waszyngtoński nie odrzucał w zasadzie narzędzi polityki socjalnej, ale przykładał większą wagę do wydajności i dyscypliny fiskalnej. W efekcie prowadziło to do nadmiernych cięć w wydatkach na cele socjalne.

Kryzys unaocznił jednak niestabilność, która z istoty kryje się w systemach kapitalistycznych – nawet tak rozwiniętych i kompleksowych jak amerykański. Kapitalizm to dynamiczny proces, w którym obok prosperity są i niewinne ofiary, które tracą pracę, i zaczyna grozić widmo bezrobocia.

Socjal podporą demokracji

W trakcie trwania kryzysu, a nawet kiedy mija, obywatele oczekują od rządów, że zapewnią im pewien poziom stabilizacji w obliczu gospodarczej niepewności. To lekcja, której przywódcy państw rozwijających się nie mogą zignorować. Konsolidacja i legitymizacja nietrwałych demokracji będzie zależeć od ich zdolności zapewnienia silniejszego zabezpieczenia społecznego.

Przy okazji zwróćmy uwagę na różnicę w reakcjach na kryzys między Europą a Stanami Zjednoczonymi.

Dopóki nie zaczęły się kłopoty z euro, Europa Zachodnia przechodziła kryzys mniej boleśnie niż USA. Dysponowała bowiem lepiej rozwiniętym systemem automatycznych wydatków socjalnych – choćby takich, jak ubezpieczenie od skutków bezrobocia – które przeciwdziałały niestabilności związanej z cyklami gospodarczymi. Dlatego ożywienie gospodarcze bez odbudowania miejsc pracy, jak dzieje się to teraz w Stanach Zjednoczonych, jest dla przywódców w państwach rozwijających się mało atrakcyjnym modelem.

Chiny są dobrym przykładem tworzącego się nowego trendu. Odpowiadając na rosnące starzenie się społeczeństwa, przywódcy chińscy, by utrzymać polityczną i społeczną stabilizację, zaczęli zmagać się z budową nowoczesnego systemu emerytalnego.

W Ameryce Łacińskiej te same naciski rozkładają się nieco inaczej. Po zmęczeniu liberalizującymi reformami lat 90., które nie przyniosły oczekiwanego wzrostu gospodarczego, w latach dwutysięcznych region przesunął się w kierunku lewicowych opcji. Nowe rządy zwiększyły wydatki na cele socjalne, by zmniejszyć poziom biedy i nierówności społecznych. Wiele państw poszło śladami Meksyku i Brazylii i wprowadziło programy dofinansowania biednych rodzin (obwarowane pewnymi wymaganiami wobec beneficjentów - na przykład wymogiem kontynuowania edukacji dzieci).

W Brazylii i Meksyku takie podejście przyniosło skutek w postaci ograniczenia nierówności społecznych i osłony najbiedniejszych rodzin.

Oczywiście nasuwa się pytanie, czy programy nakierowane na biednych znajdą w dalszej perspektywie stabilne poparcie tamtejszych klas średnich? W jaki sposób te i inne gospodarki państw rozwijających się (zwłaszcza Chin) pokryją koszty utrzymania szerszej opieki zdrowotnej, emerytalnej i rozmaitych programów opieki socjalnej? Czy poradzą sobie lepiej z problemami związanymi z takimi niekapitałowymi systemami świadczeń (np. system emerytalny finansowany z bieżących składek), które coraz bardziej uwidoczniają swoją niewydolność w Stanach Zjednoczonych i Europie, w miarę starzenia się społeczeństw?

 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj