USA: Podziały rasowe wciąż żywe
Biała niewdzięczność
150 lat temu Stany Zjednoczone zniosły niewolnictwo, dwa lata temu wybrały pierwszego czarnego prezydenta. Ale rasa wciąż dzieli i rządzi.
„Stara flaga nigdy nie dotknęła ziemi”, obraz Ricka Reevesa przedstawiający afroamerykańskich żołnierzy w walce pod Fort Wagner, 1863 r.
Corbis

„Stara flaga nigdy nie dotknęła ziemi”, obraz Ricka Reevesa przedstawiający afroamerykańskich żołnierzy w walce pod Fort Wagner, 1863 r.

Rasistowski automat z colą i wodą z lat 50. Z jednej strony mogli korzystać z niego kolorowi, z drugiej biali.
Robin Nelson/ZUMA Press/Forum

Rasistowski automat z colą i wodą z lat 50. Z jednej strony mogli korzystać z niego kolorowi, z drugiej biali.

Gdyby Obama zaczął rządy z programem dla czarnych, miałby dziś dziurę w czole – mówi prawnuczka weterana wojny secesyjnej.
Matt Sayles/AP/EAST NEWS

Gdyby Obama zaczął rządy z programem dla czarnych, miałby dziś dziurę w czole – mówi prawnuczka weterana wojny secesyjnej.

W brązie nie widać koloru skóry. Mundury i czapki te same, tylko usta pełniejsze niż u białych, którzy paradują co roku na polach pod Gettysburgiem. Pomnik afroamerykańskich żołnierzy wojny secesyjnej stoi tuż przy U Street, głównej ulicy czarnego Waszyngtonu, w trzech półkolach leżą stalowe płyty z nazwiskami 209 145 kolorowych Amerykanów, którzy walczyli po stronie unionistów, głównie czarnych. Marcus Dale służył w 102 regimencie piechoty z Michigan, zaczynał jako szeregowy, skończył w stopniu sierżanta. – Oczywiście, że jestem dumna – mówi jego prawnuczka Cynthia Dale, dystyngowana pani po sześćdziesiątce. – Wszyscy myślą, że tylko siedzieliśmy, czekając, aż inni zdejmą nam kajdany. A prawda jest taka, że biliśmy się o wolność.

Do budynku szkoły po drugiej stronie ulicy wprowadza się właśnie Afroamerykańskie Muzeum Wojny Domowej, robotnicy montują nad wejściem ostatnie litery napisu. O czarnych w szeregach armii unionistów mówi się dziś niewiele, za to głośno jest o tych, którzy mieli rzekomo służyć u konfederatów. To nowa śpiewka kilku historyków z Południa, gdzie klęska sprzed 150 lat wciąż budzi emocje. – To byli niewolnicy wysłani na front przez swoich panów – wyjaśnia kurator muzeum Hari Jones. Po chwili dodaje z irytacją: – Jeśli południowcy chcą świętować fakt, że trzymali niewolników i kazali im walczyć w obronie niewolnictwa, niech postawią im pomnik. Niech ogłoszą wszem i wobec, że mieli wiernych niewolników i chcieliby ich też posiadać w dzisiejszym społeczeństwie!

Jones przez 20 lat służył w piechocie morskiej, kolejnych 20 spędził nad źródłami pisanymi z czasów wojny secesyjnej. Na Południu poświadczona jest tylko jedna społeczność wyzwoleńców, w Karolinie Północnej. Władze stanowe zakazały przyjmowania ich do oddziałów bojowych, mogli służyć najwyżej w orkiestrze. – Gdy wybuchła wojna, z muzyków chciano zrobić kucharzy. Rząd konfederacki wydał zgodę, ale nakazał Karolinie, by sama płaciła żołd swoim czarnym – mówi historyk. Znane są przypadki niewolników siłą wcielonych do armii Południa, których sądy oczyszczały z zarzutu dezercji, bo prawo nie zezwalało w ogóle na wzięcie ich do wojska. – Problemem są historycy nieznający źródeł, a nie południowcy podtrzymujący tradycję przegranej sprawy – dodaje Jones.

Ostatnie czworaki w Waszyngtonie stoją 200 m od Białego Domu. 21 niewolników mieszkało w oficynie mieszczańskiej rezydencji Decatur House przy placu Lafayette’a, usługiwali sekretarzom stanu, ambasadorom i jednemu wiceprezydentowi.

Abraham Lincoln zniósł niewolnictwo w stolicy w 1862 r., rok po wybuchu wojny secesyjnej. Ślady haniebnego procederu z biegiem lat usunięto, tylko w kwaterach w Decatur House miejsce niewolników zajęła służba. Konserwację rozpoczęto dopiero w ubiegłym roku, przy okazji remontu budynku na potrzeby Towarzystwa Historycznego Białego Domu. Paleniska, ceglane ściany i malowaną podłogę opisano i przykryto z powrotem suchym tynkiem. – Będzie tu teraz biblioteka – wyjaśnia kustoszka Lesley Jones.

Podskórny rasizm

Mimo dwóch lat rządów Baracka Obamy podziały rasowe nie tylko nie znikły, ale przybrały na sile. W euforii po wyborze pierwszego czarnego prezydenta ogłaszano początek epoki postrasowej – dla białych kres zmagań z rasizmem, dla czarnych zwieńczenie drogi do pełnej integracji politycznej. – Nie sądziłam, że dożyję tego dnia – wspomina Cynthia Dale. Obama zgarnął głosy 95 proc. uprawnionych Afroamerykanów, do dziś cieszy się wśród nich 84-proc. poparciem, mimo że czarni politycy w Kongresie zarzucają mu zbytnią uległość wobec białego establishmentu. Ale Obama wie, co robi. – Gdyby zaczął rządy z programem dla czarnych, miałby dziś dziurę w czole – mówi Dale. – W Ameryce jest sporo ludzi, którzy nie mogą się pogodzić z czarnym prezydentem.

Nie mogąc piętnować prezydenta za kolor skóry, wrogowie kwestionują jego obywatelstwo. Odłam Partii Herbacianej, tzw. birtherzy, wierzą, że Obama sfałszował swój akt urodzenia, by móc wystartować w wyborach. Dwa lata temu byli marginalną bandą oszołomów, dziś 45 proc. republikańskich wyborców uważa, że Obama przyszedł na świat za granicą. W odpowiedzi Biały Dom opublikował w końcu pełny wypis z jego aktu urodzenia. W prawicowych mediach nie cichną też plotki, że Obama jest kryptomuzułmaninem – kolejny powód, dla którego nie powinien był zostać prezydentem, zwłaszcza po zamachach z 11 września 2001 r. Niechęć do Obamy jest podszyta frustracją z powodu stagnacji gospodarczej, niemniej znajduje ujście w podskórnym rasizmie, a republikanie coraz śmielej na nim grają.

Jak gubernator Missisipi Haley Barbour, który twierdził w grudniu, że Rady Białych Obywateli, które w latach 60. broniły segregacji w południowych stanach, „nie były wcale takie złe”. Barbour, przewodniczący Partii Republikańskiej za Ronalda Reagana, był do niedawna murowanym kandydatem na prezydenta w 2012 r.

Prezydent wszystkich Amerykanów

Niedawne szaleństwo wokół aktu urodzenia Obamy rozpętał inny potencjalny kandydat, miliarder Donald Trump. Teraz żąda od prezydenta pokazania świadectw szkolnych – mówi, że Obama był w college’u fatalnym uczniem, więc nie wiadomo, jakim cudem dostał się na Harvard. Jeden z kongresmenów Partii Demokratycznej powiedział wprost, że republikańska opozycja na Kapitolu nie robiłaby mu tylu kłopotów, gdyby był biały. – On chce być prezydentem wszystkich Amerykanów, nie tylko tych czarnych – mówi Dale. – To budzi wściekłość.

W całej karierze politycznej Obama tylko raz wypowiedział się na temat stosunków rasowych. Jeszcze w czasie kampanii wyborczej w 2008 r. wybuchła afera wokół jego dawnego pastora Jeremiaha Wrighta, który ogłosił, że zamachy Al-Kaidy były karą dla Ameryki za niewolnictwo i rasizm. Kandydat Obama dał wtedy słynne przemówienie w Filadelfii, w którym wezwał do „przekroczenia rasy”. Dlatego jako prezydent nie zarządził wielkich obchodów na rocznicę wojny secesyjnej, nie złożył nawet wieńca pod pomnikiem czarnych żołnierzy. – On próbuje wyjść poza paradygmat rasowy, zjednoczyć nas jako obywateli – mówi historyk Jones. Przed Wielkanocą spodziewano się, że Obamowie odwiedzą przynajmniej jeden z kościołów w czarnym Waszyngtonie. Tego też nie zrobili.

W parafii Lincoln Temple każdego przybysza wita się z otwartymi ramionami. I to dosłownie. – W czasach niewolnictwa mogliśmy się modlić tylko z naszymi panami. Bali się, że czarni będą spiskować we własnych kościołach – mówi 80-letnia parafianka Ann Houston. Gdy w 1861 r. wybuchła wojna, niewolnicy zbiegli z Południa rozbijali namioty na przedmieściach Waszyngtonu, domorośli kaznodzieje zakładali parafie, jedną z nich była Lincoln Temple. Na początku XX w. dzielnica Shaw stała się największym skupiskiem Afroamerykanów, kilka domów dalej urodził się Duke Ellington, pobliska U Street uchodziła za czarny Broadway. W Lincoln Temple spali pokotem uczestnicy marszu na Waszyngton z 1963 r., gdy Martin Luther King wygłosił słynną mowę zatytułowaną „Mam marzenie”.

Dziś główną atrakcją U Street jest knajpa Ben’s Chili Bowl i kartka nad ladą: „Tylko Bill Cosby i rodzina Obamów mogą tu jeść za darmo”. Waszyngtońska Shaw przegrała z nowojorskim Harlemem, ale przede wszystkim podzieliła los wszystkich afroamerykańskich dzielnic: stała się miejscem zapaści społecznej. Zaczęło się od brutalnych zamieszek po zamordowaniu Kinga w 1968 r., potem przyszły narkotyki, w ślad za nimi broń i gangi. Segregację rasową zastąpiła ekonomiczna: czarni, od pokoleń pozbawieni możliwości kształcenia, zostali w tyle, biali znaleźli nowy pretekst, by odmawiać im awansu społecznego. Ci, którzy zdołali się przebić, zaczęli utożsamiać się z białymi, u reszty Afroamerykanów zrodziła się pogarda dla edukacji, postrzeganej jako narzędzie asymilacji czarnych.

Gdy byłam dzieckiem, mieliśmy do wyboru trzy zawody: lekarza, prawnika lub nauczyciela, oczywiście tylko dla naszych własnych ludzi – wspomina Houston. – Dziś możesz być, kim zechcesz. Mój syn pracuje w koncernie farmaceutycznym, siostrzenica w banku, mam krewnych na uniwersytecie. Ale jak sama dodaje, biedni Afroamerykanie nie chcą się uczyć i nie akceptują, że w parze z wykształceniem idzie praca. – Sto lat temu trzeba było iść do szkoły, bo to był jedyny sposób, by wyrwać się ze skrajnej biedy. Czasy segregacji minęły, więc dziś nie ma już tego przymusu, a rodzice nie popychają dzieci do nauki – zauważa. Na dodatek rozwój osobisty kojarzy się z uleganiem kulturze białych. Get back, you’re black – wracaj, jesteś czarny – to hasło biednych przedmieść.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj