Cuda polskiego księdza w Hawanie
Ksiądz wodzirej
W PRL był kimś na kształt wodzireja. Potem, na dwa miesiące przed ślubem, przyszło powołanie. I dziś Andrzej Borowiec jako salezjanin pracuje w Starej Hawanie.
Ksiądz Andrzej Borowiec (trzeci od lewej) ze swoimi podopiecznymi ze Starej Hawany.
Archiwum Salezjańskie Ośrodka Misyjnego/AN

Ksiądz Andrzej Borowiec (trzeci od lewej) ze swoimi podopiecznymi ze Starej Hawany.

U księdza Andrzeja w holu stoi fortepian koncertowy Steinway. Instrument ma wspaniałe brzmienie. Należał do kogoś z bogatych mieszkańców Hawany, ale nie tych najbogatszych, bo ci nie mieszkali w Starej Hawanie. Ten ktoś po rewolucji pozostawił instrument i odjechał z tym, co łatwo mógł zabrać. Jakim sposobem fortepian trafił do księdza? Widać zrządzeniem losu. Bo przed seminarium ksiądz Andrzej był muzykiem i organizatorem imprez kulturalno-rozrywkowych w PRL. Zarabiał na tyle dobrze, że wybudował mieszkanie dla przyszłej rodziny. Wyposażył je we wszystko. Kupił nawet ubranka dla dziecka. Powołanie przyszło na dwa miesiące przed ślubem.

Teraz ma wiele dzieci, bo z nimi pracuje. Kiedy wychodzi na ulicę, wszyscy wyciągają ręce w pozdrowieniu. Nawet policjantka, bo jej córka chodzi do księdza na lekcje tańca. Są u niego różne zajęcia: fotografii, montażu filmowego, malarstwa, angielskiego, rękodzieła artystycznego czy religii, jeśli ktoś byłby zainteresowany.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną