Rozmowa Dirkiem Schulze-Makuchem, astrobiologiem
Na Marsa bez powrotu
Niemiecko-amerykański astrobiolog Dirk Schulze-Makuch o wyprawie na Marsa bez opcji powrotu i o możliwościach zasiedlenia tej pustynnej planety.
Zachód Słońca na Marsie uwieczniony przez łazik Spirit z krateru Gusiewa, 19 maja 2005 roku.
NASA/Wikipedia

Zachód Słońca na Marsie uwieczniony przez łazik Spirit z krateru Gusiewa, 19 maja 2005 roku.

Artykuł pochodzi z  27 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 4 lipca.
Polityka

Artykuł pochodzi z 27 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 4 lipca.

Wspólnie z innymi badaczami kosmosu zaproponował pan, by wysłać ludzi na Marsa, bez możliwości powrotu na Ziemię. W jaki sposób wpadł pan na ten szalony pomysł?
Schulze-Makuch:
Nasza propozycja jest absolutnie poważna. Tylko w przypadku misji na Marsa musimy ustrzec się błędów popełnionych podczas lądowania na Księżycu. Nie chodzi o to, by tam wylądować, zebrać kilka kamyczków i wrócić. Jeśli ludzie wyruszają w tak olbrzymią podróż w obce światy, powinni już tam pozostać. Wyobrażamy sobie pionierów, którzy rozpoczynają kolonizację tej pustynnej planety. Do takiej drużyny powinien należeć inżynier, rolnik i lekarz.

Mars to kraina wroga życiu – misja w jedną stronę na Marsa to trochę jak podróż dla kamikaze.
W żadnym razie. Księżyc jest wyłącznie martwym kawałkiem skały. Mars natomiast oferuje wystarczająco dużo bogactw, aby można tam było zostać na dobre – zarówno wodę, jak i glebę bogatą w minerały, na której rośliny mogłyby rosnąć i wydawać plon. Najbardziej niebezpiecznym elementem takiej misji jest lot, więc chociażby z tego względu bezpieczniej dla astronautów byłoby, gdyby zrezygnowali z drogi powrotnej.

Emeryci – na Marsa!

Atmosfera na Marsie jest znacznie rzadsza, niż na Ziemi, przepuszcza promieniowanie kosmiczne praktycznie nieprzefiltrowane.
To prawda, ale na Marsie istnieje sporo jaskiń, utworzonych przez lawę, które mogą stanowić schronienie przed promieniowaniem. Te groty, stworzone niegdyś przez wulkany można znaleźć prawie na całej planecie, a z powodu niewielkiej grawitacji na Marsie są one zdecydowanie większe od jaskiń na Ziemi. W nich pionierzy mogliby spędzać większość czasu. Jedynie podczas swoich wypraw po powierzchni planety narażeni byliby na promieniowanie. Ale szkodzi ono przede wszystkim narządom rozrodczym.

Jakże to uspokajające... Kto miałby świadomie brać na siebie ryzyko takich szkód na zdrowiu?
Postulujemy, aby w tę podróż w jedną stronę wysłać astronautów, którzy mają około 60 lat. W przypadku emerytów rozmnażanie się nie odgrywa już żadnej roli. Z powodu promieniowania i gorszej opieki medycznej ich oczekiwana długość życia pewnie byłaby krótsza, niż na Ziemi. Prawdopodobnie na Marsie dożyliby nie 80 lat, tylko jakichś 75. Ale to tak czy inaczej byłoby 15 ekscytujących lat, w których przeżywaliby przygodę swojego życia.

Mimo wszystko, to dość wysoka cena: nigdy więcej nie zobaczyć swoich ojczystych stron...
Ale takie rzeczy zdarzały się już w przeszłości. Zdobywanie Ameryki to też były podróże w jedną stronę. Osadnicy, którzy za Krzysztofem Kolumbem podążyli do Nowego Świata mieli świadomość, że dla większości z nich nie ma powrotu do Europy. Także ówczesnych pionierów oczekiwał wrogi świat, w którym żyły niebezpieczne zwierzęta i rosły trujące rośliny. Wielu z nich straciło życie.

W Ameryce nie groziła im przynajmniej śmierć wskutek uduszenia. Atmosfera na Marsie nie zawiera tlenu, którym można by oddychać.
Ale tlen można bez problemu uzyskać z lodu, który w olbrzymich ilościach znajduje się w gruncie Marsa i to już na kilku metrach głębokości. W samych tylko regionach okołobiegunowych na północnej półkuli jest więcej lodu, pochodzącego z wody, niż na Grenlandii. Pionierzy mogliby więc zbudować olbrzymie cieplarnie, w których egzystowaliby bez masek tlenowych. Aby stworzyć sztuczną biosferę, potrzebowaliby tylko wystarczająco dużo energii. Prawdopodobnie musiałaby pochodzić z plutonowych baterii, sprowadzonych z Ziemi, co zapewne niektórym by się nie spodobało. Jednak na potrzeby baterii słonecznych na Marsa dociera zdecydowania za mało światła słonecznego – pomijając już silne burze pyłowe, które bardzo często nawiedzają tę pustynną planetę.

Na kolonistów Marsa nadawaliby się też pewnie raczej wegetarianie, którzy gotowi byliby żywić się wyłącznie pomidorami i ogórkami, wyhodowanymi w cieplarniach.
Coś w tym jest. Ale na potrzeby rozwijającej się stacji i tak niezbędne byłyby dostawy części budowlanych z Ziemi. Czasem więc na pokładzie dla odmiany mogłyby się znaleźć zamrożone, suszone steki.

Drogi bilet powrotny

Czy emeryci z Marsa najpóźniej po dwóch latach nie zaczęliby się straszliwie nudzić w swoich jaskiniach z lawy?
Wręcz przeciwnie, musieliby wykonać dość ciężką pracę: w środowisku, tak nieprzyjaznym życiu, stworzyć oazę życia i ją obronić. To byłaby ciągła walka o przetrwanie, nuda nie wchodzi w grę. Do tego jeszcze dochodzą wyprawy badawcze. Kolonizatorzy mieliby za zadanie szukać obcych form życia. Są poszlaki, które wskazują na to, że na Marsie istnieją pozaziemskie mikroby.

Czy podróż w jedną stronę na Marsa faktycznie byłaby dużo bardziej opłacalna od klasycznej podróży w kosmos, po której astronauci wracają do domu?
Zgodnie ze wstępnymi obliczeniami, podróż w jedną stronę to redukcja kosztów o jakieś 80 procent. Gdybym chciał z Marsa powrócić na Ziemię, potrzebowałbym ogromnych zapasów paliwa na podróż powrotną. Potrzebna byłaby do tego olbrzymia rakieta transportowa, którą dopiero należałoby skonstruować. Natomiast do podróży na Marsa w jedna stronę wystarczyłby może nawet nieco podrasowany i przerobiony Space Shuttle. Dla zafiksowanej na punkcie bezpieczeństwa NASA byłoby to pewnie zbyt ryzykowne przedsięwzięcie. Ale jest dostatecznie wielu bogatych ludzi prywatnych, którzy z zachwytem zgodziliby się na sfinansowanie takiej misji.

I naprawdę wierzy pan, że znalazłoby się wystarczająco wielu śmiałków, którzy ruszyliby w taką podróż w nieznane?
Tego jestem zupełnie pewien. Gdy tylko przedstawiliśmy nasz pomysł w „Journal of Cosmology"”i w książce, w krótkim czasie zgłosiło się ponad tysiąc chętnych z całego świata. Najmłodszy miał 13 lat, najstarszy 80. Nawiasem mówiąc, spore zainteresowanie wyraził pewien oficer sił powietrznych z Bundeswehry. Bo  proszę wziąć pod uwagę – żołnierze w Afganistanie każdego dnia podejmują wyższe ryzyko. A mimo to wciąż pojawiają się nowi ochotnicy, gotowi wstąpić do armii.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj