Voodoo. Jedna z najbardziej niezrozumianych i zniesławionych religii na świecie
Tam, skąd przyszło voodoo
Voodoo jako religia, obrzęd, subkultura kojarzy się z Karaibami. Ale jego korzeni trzeba szukać w zachodniej Afryce.
Młody wyznawca voodoo z ceremonialnymi bliznami na twarzy.
Marta Zaraska/Polityka

Młody wyznawca voodoo z ceremonialnymi bliznami na twarzy.

Kapłanki częściej wpadają w trans niż kapłani. Podczas tego szaleńczego tańca zmienia się ich percepcja rzeczywistości i często tracą pamięć.
Marta Zaraska/Polityka

Kapłanki częściej wpadają w trans niż kapłani. Podczas tego szaleńczego tańca zmienia się ich percepcja rzeczywistości i często tracą pamięć.

Drewniane leleczki voodoo - to one narobiły tej religii złej opinii.
Marta Zaraska/Polityka

Drewniane leleczki voodoo - to one narobiły tej religii złej opinii.

Mimo, że obecnie laleczki voodoo stanowią tylko margines tej religii, to wśród turystów cieszą się dużą popularnością.
Marta Zaraska/Polityka

Mimo, że obecnie laleczki voodoo stanowią tylko margines tej religii, to wśród turystów cieszą się dużą popularnością.

[Artykuł został opublikowany w POLITYCE w lipcu 2011 roku]

W Europie ludzie myślą, że voodoo to coś złego – Paul Akakpo kręci głową. Samochód, którym kieruje, skręca w kolejną wściekle podziurawioną ulicę Cotonou. Zapach rozżarzonych węgli i grillowanych szaszłyków wdziera się przez półotwarte okno do wnętrza Land Rovera. Niedziela wieczór, Benin. – Prawda jest taka – ciągnie Paul – że voodoo jest religią taką jak chrześcijaństwo, islam, judaizm. Jest w niej i złe, i dobre. Voodoo po prostu jest.

Akakpo wysoki, w średnim wieku jest jednym z ponad 4 mln wyznawców voodoo w Beninie, gdzie od 1996 r. jest to religia państwowa. Wujek Paula był do swojej śmierci w 2001 r. głównym kapłanem. – Takim naszym papieżem – mówi Paul z wyraźną dumą. To właśnie Sossa Guedehoungue stał na czele wyznawców voodoo, z którymi spotkał się w 1993 r. w Beninie Jan Paweł II.

Nieoficjalną stolicę kraju, Cotonou, ten rozwleczony, roztrąbiony chaos, Paul zna wzdłuż i wszerz. Wie, gdzie i kiedy odbywają się ceremonie voodoo. Niebo nad miastem zaciąga się chmurami. Zaczyna lać. Rynny momentalnie wybuchają wodą, ulice pustoszeją. Ceremonia, choć na świeżym powietrzu, jak najbardziej jednak się odbędzie, zapewnia Paul. – Kapłani voodoo już od jakiegoś czasu grają na bębnach, aby odgonić chmury – wyjaśnia. I rzeczywiście. Kiedy Paul parkuje samochód przy niebieskim namiocie, jakby ręką odjął. Chodniki suche, na rozstawionych w rzędach plastikowych ogrodowych krzesłach ani kropli deszczu. – A nie mówiłem? – śmieje się.

Mambo

Powodów dla odbycia ceremonii voodoo może być wiele: żeby wymodlić albo odgonić deszcz, prosić o czyjeś uzdrowienie, a kiedy już chory poczuje się lepiej, aby wyrazić bóstwom wdzięczność. Dzisiejsza ceremonia będzie w podzięce za otwarcie nowej świątyni, za to, że znalazły się fundusze.

Ludzie powoli zaczynają się schodzić. Witają się ze starszyzną, wręczają prezenty: głównie jedzenie i napoje do wspólnej konsumpcji, na później. Reguł nie ma, co się przyniesie, to się nada. Wiele z kobiet ma odsłonięte ramiona, a na głowach starannie zawiązane białe chusty. To mambo, kapłanki voodoo. Po tych chustach można je rozpoznać. Każdy z przyszłych kapłanów musi spędzić dwa, trzy lata w klasztorze, gdzie poznaje kroki tradycyjnych, religijnych tańców, uczy się świętych, sekretnych języków i śpiewów voodoo. Kiedy przebywają w klasztorze, uznaje się ich za zmarłych dla świata; nie mają nawet imienia. Po zakończeniu wtajemniczenia przechodzą ceremonię inicjacji, swoiste odrodzenie.

Problem w tym, że takie ceremonie są drogie w końcu trzeba kupić kozy i kurczaki na ofiary. Zwykle rachunek wynosi w przeliczeniu jakieś 900 zł, a to dużo w kraju, gdzie ponad połowa społeczeństwa musi żyć za mniej niż jednego dolara dziennie. Płaci rodzina przyszłej kapłanki i kapłana, często popadając przy tym w długi. Jeśli nie mogą zapłacić, pozostaną w klasztorze tak długo, aż uzbierają na inicjację. Czemu więc w ogóle ktokolwiek chce zostać wtajemniczony? Jeśli domagają się tego duchy voodoo, nie można z nimi dyskutować. A poza tym to dobra inwestycja na przyszłość. Kapłani voodoo mają we wsiach sporą władzę. Za to, że wstawiają się w imieniu wiernych do bóstw, za leczenie, przepowiednie i ceremonie dostają dary, i to nie tylko kurczaki, ale i gotówkę.

Paul wita się z jedną z kapłanek, mocno wyperfumowaną młodą kobietą, z czarnymi kreskami wymalowanymi na powiekach i przepisową białą chustą na głowie. Kobiety zaczynają śpiewać, dzieci klaszczą, muskularni bębniarze uderzają w rytm szybko, coraz szybciej. Póki grają, nie wolno im schodzić ze skór zwierząt, na których stoją (tego wymagają duchy). Jedna po drugiej kapłanki zaczynają tańczyć, wyciągają ręce w górę, schylają się i unoszą, szybko, coraz szybciej. Ktoś zapala na ziemi proch strzelniczy i po chwili z szarej zasłony dymu wyłania się jedna z mambo, wirując jak opętana. Weszła w trans.

To kapłanki częściej wpadają w trans niż kapłani, zwykle raz do roku. Jeśli przez dłuższy czas tego nie robią, wspólnota robi się podejrzliwa: czyżby duchy ją opuściły? W końcu trans to przywilej, oznaka, że bóstwa daną osobę faworyzują. Podczas tego opętańczego tańca mambo wchodzi w coś w rodzaju hipnozy: zmienia się jej percepcja rzeczywistości, często traci pamięć. Zachodni naukowcy przypisują trans epilepsji, alkoholowi, narkotykom, efektowi zbiorowej hipnozy. Wyznawcy voodoo nie mają jednak wątpliwości: trans to ostateczne i najważniejsze potwierdzenie, że bóstwa voodoo istnieją.

Bóstwa złośliwe

Lucien jest jednym z licznych wyznawców z Possotome, niewielkiej wioski przycupniętej na brzegu jeziora Aheme. Cichy, wycofany, ożywia się dopiero, kiedy mówi o voodoo. A jest o czym mówić. Niemal przy każdym domu jest tu posąg jakiegoś bóstwa (choć prawdę powiedziawszy często trudno je odróżnić od kopca piasku). Voodoo to religia skomplikowana. Sama nazwa – voudou – wywodzi się z języka plemienia Fon i oznacza coś świętego. Na terenie obecnego Beninu, kolebki voodoo, religia ta jest praktykowana może nawet i od kilku tysięcy lat. To stąd razem z niewolnikami popłynęła na Haiti, Kubę, plantacje Brazylii i Luizjany. Dla nieszczęśników wyrwanych z ojczyzny voodoo było nicią wiążącą ich z domem i przodkami, czymś, co spajało wspólnotę, symbolem oporu. Dziś wylicza się, że praktykuje je 60 mln ludzi na świecie.

W teorii bóg voodoo jest jeden, nazywany Nana Buluku albo Mawu, stwórca świata. Niektórzy badacze nazywają tę religię monoteizmem zdegenerowanym, gdyż w praktyce panteon voodoo pełen jest drobnych bóstw i duchów zamieszkujących w drzewach, wietrze, w wężach i fetyszach czy to wyrzeźbionych statuetkach, czy czaszkach zwierząt i muszelkach kauri. To te duchy właśnie pośredniczą pomiędzy Nana Buluku a ludźmi, dla których mogą coś u stwórcy wyprosić, ale też ich w jego imieniu ukarać. Dlatego lepiej być z duchami na jak najlepszej stopie. Jak to zrobić? Przez dary.

W Possotome największą popularnością cieszy się Legba, obraźliwe, aroganckie bóstwo, opiekun majątku (to jego posągi najczęściej przypominają kopiec ziemi). Żeby chronił, ustawia się go w wejściach do zagród, przed domami. W zamian za pomoc trzeba go karmić, najlepiej jego ulubionym olejem palmowym. To dlatego większość posągów Legby w Possotome od lat polewania jest zażółcona na głowie. Rzadziej wypatrzeć można na posągach plamy czerwieni w końcu kurczaków nie poświęca się bóstwom na co dzień.

Świątynie voodoo w Possotome są niepozorne, poukrywane po zagrodach. Czasem bez powiewającej nad nimi białej flagi nie dałoby się zgadnąć, że miejsce to zamieszkują bóstwa. Do jednej z takich świątyń nikt od lat nie wchodzi. – Kiedyś ciężarna świnia wdarła się do środka, urodziła osiem prosiąt i momentalnie oślepła – mówi Lucien. – Miejscowy kapłan zapytał duchów, dlaczego oślepiły świnię. W odpowiedzi usłyszał, że to dlatego, iż nikomu nie wolno do tej świątyni wchodzić. Więc od tej pory nie wchodzimy. Aby nakarmić Legbę, który zamieszkuje we wnętrzu świątyni, kapłan musi się sporo nagimnastykować, w końcu nie jest łatwo polać statuę olejem, nie przekraczając progu, a ryzykować ślepoty nie będzie.

W Possotome bóstwa są niemal wszędzie. Jest ich tak wiele, że mają nawet własny las, który Lucien nazywa zakazanym; tylko kapłanom voodoo wolno do niego wchodzić. Laterytową, czerwoną drogą spieszy wychudzony kapłan, bosy, z obnażonym torsem. Wymienia z Lucienem pozdrowienia. Z zielonego kłębowiska dżungli dobiega śpiew. Gdzieś w głębi odbywa się kolejna ceremonia, tym razem w podzięce za uzdrowienie dziewczynki. – Była chora przez bardzo długi czas – mówi Lucien. – Nawet w szpitalu była, ale lekarze nie potrafili jej pomóc. Dopiero kapłan ją uzdrowił.

Jak więc tu nie wierzyć?

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj