szukaj
Francja zakazuje modłów ulicznych
Nasze ulice, wasze remizy
Rządząca we Francji centroprawica coraz energiczniej egzekwuje zasadę świeckości państwa. Najpierw zakazała muzułmankom pokazywać się w miejscach publicznych w pełnych zasłonach twarzy i w chustach w szkołach oraz w urzędach państwowych. Teraz zakazała muzułmanom odbywać piątkowych zbiorowych modłów na ulicach miast.

Zakaz ma sens, bo modlący są utrudnieniem w normalnym funkcjonowaniu miast. Zwłaszcza tych wielkich – Paryża, Marsylii czy Nicei. Ale muzułmanie bronią się przed tym zarzutem: nie dajemy rady pomieścić się w meczetach czy domach modlitwy. To też jest argument racjonalny. W Paryżu samorząd stara się go wziąć pod uwagę, by nie eskalować napięcia. W jednej z dzielnic oddano muzułmanom na modły dawną remizę strażacką. Koszty użytkowania ma pokryć gmina muzułmańska. Rozwiązanie prowizoryczne, ale lepsze niż pomruki ze szczebla rządu, że władza nie wyklucza usuwania siłą modlących się nielegalnie na ulicy. Straszenie użyciem siły z pewnością nie poprawi napiętej sytuacji.

Liderka anty-imigranckiego Frontu Narodowego, Marine Le Pen, modły na ulicach nazwała okupacją. Politykom innych opcji to się nie spodobało, ale de facto, przynajmniej w obozie Sarkozy’ego, idą tym „okupacyjnym” tropem. Naturalnie chodzi o zbliżające się wybory prezydenckie, w których obecny prezydent może zostać politycznie przelicytowany przez córkę Jean Marie Le Pena, który już raz z podobnymi hasłami zagroził paryskiemu establishmentowi.

Na dodatek życie coraz bardziej się komplikuje. Ponad 5 milionowa mniejszość muzułmańska we Francji zbliża się do 10 proc. populacji. Są badacze, którzy uważają, że to jest punkt krytyczny. Po jego przekroczeniu muzułmanie będą mogli powiedzieć: nic o nas bez nas. Komplikacja polega też na braku jasnych zasad, jak ma funkcjonować w laickiej republice sektor publiczny zatrudniający muzułmanów czy wyznawców innych religii.

Już dziś w prywatnych biznesach mnożą się żądania pracowników, by management brał pod uwagę czynnik religijny. Muzułmanie chcą mieć  „koszerne” (halal) dania w stołówkach pracowniczych i przerwy w pracy na modlitwę. A co z noszeniem symboli religijnych i innymi praktykami? Czy muzułmance wolno chodzić do pracy w prywatnym przedszkolu w chuście, bo prawo zakazuje jej tego tylko w placówkach państwowych? No tak, ale co ma zrobić dyrekcja prywatnego przedszkola, kiedy wyznająca islam opiekunka dzieci zniechęca je do kąpieli w „nieprzyzwoitych” kostiumach?

Paradoks obecnej sytuacji we Francji polega więc na tym, że im twardszy kurs obiera rząd w dziedzinie rozdziału religii od państwa, tym więcej rodzi się wątpliwości, czy służy dobru wspólnemu. Wygląda na to, że jest raczej anachroniczną próbą odpowiedzi na bezprecedensowe (zgoda, że trudne) wyzwania, przed jakimi stają w XXI w. wielokulturowe społeczeństwa demokratyczne. Chodzi o to, że ulice i remizy nie mają być ani „nasze”, ani „wasze” – bo to jest społeczeństwo plemienne – tylko wspólne, bo to jest społeczeństwo praw człowieka. Z nim jest trochę jak z demokracją. Ma wady, ale inne modele społeczne są jeszcze gorsze.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj