Rozmowa Györgym Konradem, węgierskim pisarzem
Skołowane narody
Dokąd podążają Węgry? Zachód z niepokojem obserwuje, jak pod narodowo-konserwatywnymi rządami Viktora Orbana szerzy się styl polityki, który wyklucza ludzi inaczej myślących.
György Konrád (ur. w 1933 r.), autor powieści, dzienników i esejów, od lat 70. należy do najbardziej znaczących pisarzy węgierskich.
Peter Varkonyi/Sygma/Corbis

György Konrád (ur. w 1933 r.), autor powieści, dzienników i esejów, od lat 70. należy do najbardziej znaczących pisarzy węgierskich.

Artykuł pochodzi z 41 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 10 października.
Polityka

Artykuł pochodzi z 41 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 10 października.

Węgry skupiają na sobie uwagę zachodniej opinii publicznej. Ujawniają się obawy dotyczące zapędów konserwatywnego rządu Viktora Orbana, które zmierzają w kierunku autokracji i nacjonalizmu. Na ile sytuacja jest poważna?
György Konrad: Od przełomu w 1989 r. Węgry narażone są na gwałtowne ruchy wahadłowe w polityce. Dlatego rodzi się pytanie, jak długo potrwa obecny etap. Najbliższe wybory odbędą się w 2014 r. i do tego czasu powstanie może dostatecznie silna opozycja. Niezadowolenie z obecnego rządu jest szeroko rozpowszechnione: od związków zawodowych po stowarzyszenia obywatelskie, od partii lewicowych po nowopowstałą partię liberalno-ekologiczną, która skupia wielu młodych ludzi.

Kryzys dotknął również Węgry. Niezadowolenie jest wywołane względami politycznymi, czy sytuacją gospodarczą?
Z powodu nowych regulacji cierpią właściwie wszystkie grupy społeczne. Na przykład nauczyciele muszą w szkole spędzać 32 godziny zamiast – jak dotychczas – 22 godzin tygodniowo. W edukacji powraca charakterystyczna dla socjalizmu idea, że wychowanie polega na indoktrynacji. Do tej pory nauczyciele mogli wybierać z wielu dostępnych podręczników, którym przyświecała idea wolności jednostki. Nikomu nie narzucano światopoglądu. Obecnie system edukacji podlega centralizacji i ujednoliceniu. Nauczyciele z sarkazmem zareagowali na te postanowienia. Tym bardziej, że o wyborze dyrektorów decyduje teraz ministerstwo, a nie – jak do tej pory  – władze lokalne. Wszystko to prowadzi do obniżenia poziomu nauczania.

Zapędy ideologiczne można łatwo ukryć pod pretekstem oszczędzania. Istnieje jakaś forma cenzury?
Tylko w sferze publicznej, w mediach państwowych, czyli telewizji i radiu. Zwolniono tam renomowanych dziennikarzy, nie tylko z działu politycznego, ale także zajmujących się kulturą. Protesty były umiarkowane, bo zredukowani musieli podpisać oficjalne zobowiązanie, że nie będą się wypowiadać o okolicznościach wypowiedzenia. W przeciwnym razie pozbawiono by ich odprawy. Większość z nich znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Cóż ma począć zredukowany 50-letni dziennikarz? Zwolnienie oznacza dla niego gwałtowny spadek w hierarchii społecznej.

Nie ma prywatnych nadawców i gazet?
Jest kilku, ale ich pole manewru jest coraz bardziej ograniczane. Niedawno odnawiano licencje na częstotliwości radiowe. Zabiegali o nie przeróżni ludzie, ale konkurs wygrali ci, którzy przewidzieli w programie bardzo dużo muzyki – aż 70 proc. muzyki rozrywkowej. Oznacza to, że władza nie chce radia, które podnosiłoby poziom intelektualny odbiorców, bo ci mogliby przyjąć opozycyjne zapatrywania.

Społeczeństwu węgierskiemu brakuje klasy średniej? Przecież nie bez przyczyny rządy szybko tracą władzę w kolejnych wyborach. Węgry są młodą demokracją, która zmaga się z ogromnymi problemami ekonomicznymi i balastem przeszłości. W ciągu jednej kadencji raczej niewiele można zdziałać.
Cierpliwość ludzi ma swoje granice. Do tego społeczeństwo jest silnie naznaczone przeszłością. W pamięci Węgrów są dwie ważne epoki: rządy regenta admirała Horthy’ego w okresie międzywojennym i czas komunizmu. Ten ostatni generalnie jest potępiany, ale zdaniem wielu Węgrów jego drugi etap – po 1956 r. za Janosa Kadara – był najlepszym okresem. Żyło się wtedy w spokoju, nie trzeba było zajmować się polityką, życie prywatne było sprawą osobistą, a miejsce pracy – zapewnione. Gospodarka co roku zwiększała się o jeden-dwa punkty procentowe. Ludzie pielęgnowali więc cnotę cierpliwości i pobłażania, kupowali sobie domki i samochody wyprodukowane w którymś z państw bloku wschodniego. Poczucie bezpieczeństwa i jego potrzeba były wtedy zrównoważone. Gdyby odbyły się wolne wybory, zwycięzcą zostałby Janos Kadar.

Czy to znaczy, że współcześni Węgrzy dokonują mentalnego wyboru między Horthym a Kadarem?
Wybór nie jest specjalnie atrakcyjny. Horthy wyekspediował na tamten świat milion obywateli. 500 tysięcy chrześcijan, których wysłano na front wschodni do walki przeciwko ZSRR, a następnie – jeszcze za jego rządów – deportowano pół miliona Żydów. Horthy zrzucał co prawda odpowiedzialność na rząd i dystansował się do zagłady Żydów, ale nie podjął przeciwko temu żadnych działań. Dopiero kiedy zarysowała się klęska Niemiec zrozumiał, że zostanie osobiście pociągnięty do odpowiedzialności i nakazał wstrzymać transporty do Auschwitz.

Dzieje Węgier w XX w. robią wrażenie jednej wielkiej katastrofy. Czy skrajności polityczne są przeszkodą w znalezieniu narodowego konsensusu na przyszłość? Węgry nie są jedynym krajem regionu cierpiącym na historyczną dezorientację.
Po upadku monarchii Habsburgów w 1918 r. wszyscy chcieli mieć własne państwa narodowe, co było poronionym pomysłem, bo praktycznie nigdzie nie było jednorodnej ludności, która mogłaby stworzyć jednolity naród. Tak więc powstało wiele państw narodowych „na wyrost”. Ten sam problem, którego zachodni Europejczycy nie zrozumieli, pojawił się na Bałkanach po rozpadzie Jugosławii. Nagle pojawiło się multum „narodów”, które chciały zyskać dla siebie pełną suwerenność na mapie politycznej świata.

Problem państwa narodowego w Europie Środkowej nie został zatem jeszcze rozwiązany, względnie jest w ogóle nierozwiązywalny? Istnieje po prostu za dużo mniejszości etnicznych?
Tak właśnie jest. I kiedy trzeba rozstrzygać, czy priorytet mają prawa człowieka, czy suwerenność narodowa – z motywów państwowotwórczych wybór pada na tę drugą.

Rozwiązaniem jest przyjęcie państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej? A może konflikty zostaną przez to tylko zamiecione pod dywan?
UE byłaby pewną nadzieją, ale wydaje się, że jest za słaba, by przezwyciężyć uświęconą suwerenność narodową. Wprawdzie w każdej konstytucji znajduje się zapis o ochronie i prawach mniejszości, ale często jest on martwą literą. Ze względu na skomplikowane uwarunkowania historyczno-geograficzne nie rozwiązano jeszcze wielu problemów mniejszości narodowych w krajach Europy Środkowowschodniej. A kwestia ta staje się raczej coraz trudniejsza, a nie łatwiejsza.

Historia biegnie często wolniej niż byśmy sobie życzyli. Jest wiele dawnych tradycji, których nie tak łatwo się pozbyć.
Nie wolno zapominać, że z tymi problemami boryka się też Europa Zachodnia – takie kraje, jak Hiszpania, Belgia i Wielka Brytania. Gdy jestem w Brukseli żaden Flamand nie chce rozmawiać ze mną po francusku, choć władam nim całkiem nieźle. Wszyscy chcą się porozumiewać po angielsku.

Jeśliby ludziom dobrze się wiodło, nie musieliby w tak konfliktowy sposób określać swej tożsamości poprzez pochodzenie i kulturę. Czy nie jest tak, że dobrobyt unieważnia kwestie światopoglądowe?

Pogląd jakoby ludzie posiadali tylko brzuchy świadczy o lekceważeniu bliźnich. Ale pan rację o tyle, że ludzie są spokojniejsi, kiedy mają zaspokojone podstawowe potrzeby bytowe. Wzrost gospodarczy i standard życia są bez wątpienie ważne, ale konieczne jest wykształcenie wielopiętrowego poczucia tożsamości, by człowiek był jednocześnie świadomym i dumnym członkiem swej małej, lokalnej społeczności, większej wspólnoty regionalnej, a także narodu, który z kolei ma swoje miejsce w zjednoczonej Europie. Ostatnim szczeblem jest świadomość globalna. Także ona jest pilnie potrzebna.

Kiedy wraca pan myślą do 1989 r. i robi bilans minionych lat, jest pan zadowolony z ewolucji politycznej? Czy może uważa pan, że koło historii się cofa?
Nie twierdzę, że obecny rząd odczuwa nostalgię za epoką Horthy’ego. Jednak także młodsi ludzie chcą mieć swoje rytuały, podziwiają dawne slogany i silne instytucje. Ma to taki skutek, że bagatelizuje się rolę rządu Horthy’ego w wojnie światowej. Po 1918 r., kiedy powstawały nowe kraje, uważano, że rozczłonkowanie liberalnego i federacyjnego państwa, jakim była monarchia habsburska, odpowiada zasadom demokracji. Ale dla kosmopolitycznej inteligencji była to prawdziwa katastrofa. Dlatego potem karierę robili parweniusze i krzykacze, którzy rozdrapali między sobą państwo.

Paradoksalnie to cesarz był gwarantem wolności i swobód.
Tak. W prawie monarchii znajdowało się jedno zdanie: „Prasa jest wolna”. Tylko te trzy słowa.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj