Brytyjskie "nie" dla ustaleń szczytu UE
Oj, Brytanio
Na polskiej prawicy "no!" premiera Camerona jest chwalone jako wzorowa obrona interesów narodowych. Ciekawe, że sami zainteresowani są mniej entuzjastyczni.

Poniedziałkowa debata w Izbie Gmin była gwałtownym starciem opozycji z szefem rządu. Wcale nie wszyscy deputowani uznali, że brukselskie weto Camerona służy interesom brytyjskim. Lider opozycji Ed Miliband uznał je za złe dla Brytyjczyków. Wicepremier Nick Clegg, liberalny koalicjant konserwatysty Camerona, też zmienił zdanie z początkowo aprobującego weto na negatywne.

Koalicja od tego pewno nie trzaśnie, lecz pęknięcia są głębokie. Jeszcze głębsze widać w City, gdzie wcale nie wszyscy finansiści zacierają ręce. Lepiej niż Cameron wiedzą, że Europa ma wpływ na kondycję brytyjskiego sektora finansowego i że może z tego różnie korzystać.

Niedobrze wygląda po wecie sprawa szkocka. Szkocki przywódca Alex Salmond twierdzi, że może ono i służy interesom Londynu, ale na pewno nie Edynburga. Jak wiadomo, Salmond nie wyklucza referendum w sprawie wyjścia z unii szkocko-brytyjskiej zawartej przedwczoraj, bo w 1707 r.

Jak Cameron chce wychodzić z Unii, niech pamięta, że Szkocja wyjdzie wtedy ze Zjednoczonego Królestwa, bo ma interesy szkockie, a te są zbieżne z jej ambicjami europejskimi.

I to jest chyba duchowe sedno sprawy. Szkoci lepiej niż Anglicy wyczuwają, że interesy narodowe nie muszą wykluczać interesów europejskich, a nawet mogą z nimi współgrać. Cameron zagrał krótką piłkę, pod rokoszan w partii i pod sondaże poparcia. Ale politykę robi się też na długą metę i dlatego Cameron nie będzie ani Churchillem ani nawet Heathem, który wprowadził UK do Wspólnoty Europejskiej w 1973 r. Szkoda Brytanii.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj