Nie każdy miał okazję kształtować politykę supermocarstwa. On miał
Jajogłowy w polityce
Nie każdy miał okazję kształtować politykę supermocarstwa. Zbigniew Brzeziński miał i kształtował, choć nie zawsze słuchano go dość uważnie.
Do historii przeszło zdjęcie Brzezińskiego z 1980 r. (pokazywane w Moskwie jako dowód krwiożerczości) z ręcznym karabinem maszynowym na granicy z Afganistanem, do którego wówczas wkroczyły wojska sowieckie.
Bettmann/Corbis

Do historii przeszło zdjęcie Brzezińskiego z 1980 r. (pokazywane w Moskwie jako dowód krwiożerczości) z ręcznym karabinem maszynowym na granicy z Afganistanem, do którego wówczas wkroczyły wojska sowieckie.

materiały prasowe

Na progu kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych ukazuje się książka Andrzeja Lubowskiego – biografia znanego wszystkim w Polsce amerykańskiego polityka i politologa Zbigniewa Brzezińskiego. Wybory (choć książka im poświęcona nie jest) zawsze dawały Ameryce zastrzyk świeżej krwi w polityce. Ten zastrzyk był szczególnie udany w 1977 r. Nowo wybrany prezydent Jimmy Carter dobrał sobie wyjątkowo uzdolnionego stratega: młodego profesora renomowanej uczelni (najpierw Harvardu, potem Columbii), mianując go szefem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Tak to się dzieje w Ameryce, nowy prezydent wyszukuje nowych ludzi, a przez pierwsze miesiące pracy szefowie obchodzą biura wołając: „Pomysły, pomysły!”. Tych nigdy Brzezińskiemu nie brakowało.

Lubowski bierze na warsztat główną specjalność Brzezińskiego: walkę z Sowietami. Sądząc z nienawiści, z jaką ówczesny Kreml traktował Zbigniewa Brzezińskiego (powtarzano tam, że to „Rasputin reżimu Cartera”), można powiedzieć, że sami ówcześni rosyjscy specjaliści uznali, że w podkopaniu Sowietów odegrał on niemałą rolę. Do historii przeszło jego zdjęcie z 1980 r. (pokazywane w Moskwie jako dowód krwiożerczości) z ręcznym karabinem maszynowym na granicy z Afganistanem, do którego wówczas wkroczyły wojska sowieckie.

Profesora czasem śmieszył, ale najczęściej irytował „zdumiewający koktajl ignorancji i pobożnych życzeń, jaki – w okresie zimnej wojny – towarzyszył na Zachodzie zmianom personalnym na Wschodzie, szczególnie w ZSRR” – pisze autor. „Nasz” Wschód był dla Ameryki ziemią przeważnie nieodkrytą, inne regiony, zwłaszcza – jak się później okazało za George’a W. Busha – Bliski Wschód, również były terenem słabo rozpoznanym. Akurat prezydent Jimmy Carter, surowy i prostolinijny, przyznawał się, że wziął Brzezińskiego dlatego, by się od niego polityki zagranicznej uczyć, do czego w wielu miejscach się przyznawał! Może inni prezydenci nie byli tak skromni i intelektualnie uczciwi jak Carter, ale poszukiwanie, jak to się w Ameryce mówi, the best and the brightest do najbliższego otoczenia prezydenckiego rzeczywiście musi imponować.

Książka jest zdecydowaną pochwałą nie tylko Brzezińskiego (tego nigdy za wiele), lecz również obroną prezydentury Jimmy’ego Cartera (1977–81), na ogół lekceważonego i uważanego za słabego (także w Polsce). Wszystkim, którzy wyznają ów niesprawiedliwy sąd, warto lekturę szczególnie polecić: polityka Cartera wobec komunizmu, i radzieckiego, i chińskiego, przyniosła dobre owoce. Prezydent poległ na Iranie (ostateczną klęską była nieudana operacja odbicia amerykańskich zakładników), kraju, który do dziś stwarza kłopoty Ameryce i całemu światu. Też trzeba przypomnieć, że Brzeziński od samego początku ostrzegał, że ojciec wszystkich ajatollahów – Chomeini – nie będzie dobrotliwym, pogodnym mędrcem, który złagodzi obyczaje w Teheranie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj