Chińczyk szuka żony
Rywalizacja na chińskim rynku małżeństw jest ostra, presja ogromna, swoje trzy grosze dorzucają także rodzice. Miłość w nowym mocarstwie to połączenie romantyzmu, Konfucjusza i pieniędzy.
Jak sprawić, by kawalerowie i panny znalazły swoją drugą połówkę?
garryknight/Flickr CC by SA

Jak sprawić, by kawalerowie i panny znalazły swoją drugą połówkę?

Jak wynika z szacunków, w 2020 roku liczba kawalerów w Chinach, którzy nie znajdą żony, przekroczy 24 miliony.
bfick/Flickr CC by 2.0

Jak wynika z szacunków, w 2020 roku liczba kawalerów w Chinach, którzy nie znajdą żony, przekroczy 24 miliony.

Artykuł pochodzi z 6 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 6 lutego 2012 r.
Polityka

Artykuł pochodzi z 6 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 6 lutego 2012 r.

Pewnej deszczowej niedzieli Xin Yunyue po raz piętnasty wyrusza w poszukiwaniu kobiety swojego życia. Wsiada do starego Chevroleta - nie jest to samochód, który ułatwia znalezienie dziewczyny w Chinach - mknie przez przedmieścia, mija fontannę ze złotymi żabami i punktualnie wchodzi do sali, by usłyszeć słowa anioła miłości. Anioł mówi: „Mamy dziś więcej myśliwych niż zwierzyny.” Nie brzmi to zachęcająco.

Ale Xin postanawia, że nikt mu nie odbierze nadziei, a już na pewno nie anioł miłości z fryzurą na jeża. Prawdą jest, że liczba mężczyzn przewyższa liczbę kobiet - tak jest w jego firmie i w całych Chinach, tak jest i tutaj, na imprezie dla singli w Szanghaju. Jej gospodarze nazywają się aniołami miłości i pracują dla firmy „Błyskawiczne małżeństwo”.

Xin mierzy wzrokiem swoich konkurentów. Oto oni, pozostali łowcy. Mają różowe jedwabne wstążki na szczęście. Nonszalanccy owinęli je wokół nogawki lub bicepsa. Porządni noszą je na nadgarstku, zakończone kokardką, tak jak on. Osiemdziesięciu młodych Chińczyków, którzy chcą wierzyć w baśń z dynastii Tang. W to, że czerwona nić łączy tych, którzy są dla siebie przeznaczeni. Tylko jeden nie chce wierzyć - przyczepił wstążkę do parasola. Ale on i tak co chwila zasypia na krześle.

Xin chce się ożenić, i to szybko. Potem znów będzie mógł jadać w spokoju. Codziennie przy kolacji jego matka porusza ten temat: Masz już prawie trzydziestkę na karku. Musisz nadrobić stracony czas. Synowie znajomych już dawno się ożenili. 29-letni Xin czasami połyka w pośpiechu ryż tylko po to, by uniknąć tego biadolenia.

„Jak sprawić, by kawalerowie i panny znalazły swoją drugą połówkę?” Takie pytanie napisali ludzie z „Błyskawicznego małżeństwa” na plakacie wiszącym obok szwedzkiego stołu. No właśnie, jak? Xin oraz pozostali muszą się nieźle natrudzić, dlatego jeden z aniołów miłości ciągle zachęca do bicia braw. Należą im się, bo każdego ranka z trudem wstają z łóżek. I są wytrwali w dążeniu do miłości. Sami biją sobie brawo - niemrawi, apatyczni, zmęczeni. Poszukiwanie szczęścia stało się dla nich udręką.

Dzień singla

Xin próbuje raz jeszcze, bierze udział w zabawie, w której ma być Billem Clintonem. Musi znaleźć na sali Hillary, w końcu znajduje dwie i uśmiecha się smutno. Pierwsza jest dla niego za wysoka, druga też. Xin wysłuchuje jeszcze napomnień anioła miłości: „Nie idźcie teraz razem do domu. Jesteście przecież wykształceni, macie maniery. Wybierzcie się do baru karaoke.” Potem odjeżdża. Darował sobie główny punkt programu, polonez samotnych, w czasie którego masują sobie plecy, drepcząc w miejscu i chichocząc.

Xin to jeden z 260 milionów Chińczyków opętanych myślą znalezienia tej właściwej lub tego właściwego. To 180 milionów singli i 80 milionów zatroskanych rodziców, jak podaje „Raport badawczy na temat małżeństwa i związków 2010”. Chiny obchodzą nawet dzień singla, który przypada w listopadzie.

Xin mówi: „Miłość jest wtedy, kiedy ciągle o niej myślę.”

Xin mówi: „Małżeństwo jest wtedy, kiedy dwie rodziny stają się jedną.”

Oczywiście chce respektować wolę rodziców, każde chińskie dziecko od czasów Konfucjusza ma taki obowiązek, dlatego dobrze, że w wielu kwestiach zgadza się z ojcem. Oboje uważają, że kobieta z północnych lub zachodnich Chin nie wchodzi w rachubę. Postanowili, że narzeczona będzie z Szanghaju.Jednak, jak twierdzi Xin, Szanghaj to miejsce, w którym najtrudniej znaleźć miłość w całych Chinach. „Dziewczyny z Szanghaju to największe materialistki”, mówi. „W takim mieście każda się taką staje.”

Szanghaj to splendor, sukces, pieniądze. Kto poradzi sobie tutaj, poradzi sobie wszędzie. Szanghaj to obietnica szczęścia, miasto o wiele bardziej czarujące niż pełna bufonady stolica. Tutejsze kobiety pragną zwycięzców, bo same są dobre - wykształcone, absolwentki najlepszych szkół i uniwersytetów. Chcą poślubić dobre życie. Przystojny mężczyzna, ładne mieszkanie, dobre auto.

Poniższy dialog z telewizyjnego show randkowego posłużył za diagnozę całego społeczeństwa. „Wybierzesz się ze mną na rower?” spytał jeden z kandydatów. Kobieta odpowiedziała: „Wolałabym siedzieć w BMW i płakać.” Po emisji programu, odpowiedni urząd określił nowe zasady, które mówią: „W programach typu show powinno się unikać prezentowania niewłaściwych wartości społecznych, jak na przykład adorowanie pieniądza.” Partia komunistyczna trochę wstydzi się tego, co boom gospodarczy zrobił z Chińczykami.

Przez plac budowy w centrum Szanghaju idzie piękna Shan Lina. Nie wie na co ma patrzeć, na kałuże, nowe budynki czy na mężczyzn. Nie może sobie teraz zabłocić butów, musi wyglądać dobrze. Ma 27 lat i nie brakuje jej dużo, żeby skończyć jako "lao guniang”. Blisko trzydziestki i niezamężna - o takich kobietach mówi się w Chinach „stare dziewczyny”.

Szczęście mierzone w metrach kwadratowych

„Dajcie miłości dom” - tak nazywa się impreza, na którą przyszła Shan. Chce dać miłości mieszkanie własnościowe. Na szczęście spotka dziś wyłącznie mężczyzn, którzy dobrze zarabiają, to znaczy 100 tysięcy juanów, około 11 500 euro rocznie. I którzy chcą kupić mieszkanie. Tylko tacy zostali zaproszeni przez biuro matrymonialne „Szczęśliwe zrządzenie”. Sprawa jest prosta: Gdy narzeczony nie posiada nieruchomości, narzeczona nie powie „tak”. Narzeczony musi zaimponować jej metrami kwadratowymi. „Szczęśliwe zrządzenie” znajduje więc mężczyzn, którzy szukają żony, a osiedle „Hongqiao numer 1” pokrywa koszty imprezy.

Dla firm to udany biznes, dla singli efektywnie spędzona sobota. „Od 120 do 150 metrów kwadratowych”, mówi Shan. „Cztery pokoje." O tym właśnie marzy. A to? Shan ogląda błyszczącą kołdrę, firanki. „Wygląda jak pokój hotelowy. Kategoria standard." Za mało szuflad w szafie. Stół: za mały, gdzie będą siedzieć krewni? Jedyna rzecz, która się zgadza, to odstęp między sofą a telewizorem. Shan odchodzi.

Od początku nie szło dobrze. Niezadowolona była już w sali bankietowej, nim wyruszyli oglądać mieszkania. Jedni kandydaci potykali się o leżące na podłodze dekoracje z balonów, inni fatalnie wypadli przy powitaniu. A polecenie dla mężczyzn było jasne: Najpierw kontakt wzrokowy. Następnie wyciągamy prawą rękę. Potem mówimy: „Miło cię poznać.” Tak poleciła moderatorka. Tymczasem ponad połowa facetów, którzy przechodzili obok Shan, nawet na nią nie spojrzała.

Shan wzdycha. „Jest coraz gorzej”, mówi. Młodzi Chińczycy stają się coraz bardziej nieśmiali i niepewni na widok kobiety. Młoda, męska część światowego mocarstwa zmieniła się w tchórzy. Odkąd chińscy rodzice, pod przymusem polityki jednego dziecka, muszą się cieszyć także z córek, odkąd córki stają się konkurencją na uniwersytecie i w pracy, synowie nie wiedzą już jak być mężczyzną.

W biurze, gdzie pracuje Shan, jeden z jej kolegów przez pół roku nie odważył się zapytać sympatycznej koleżanki o numer telefonu. Również na imprezie, na którą przyszła, to właśnie Shan musiała wyduszać wszystko z faceta podczas zabawy o nazwie „Przyjaźń w osiem minut”. Ten nie potrafił nawet porządnie wypełnić formularza dla kandydatów. Wpisał swój nick internetowy: „Obie ręce w kieszeniach”. Miało chyba brzmieć swobodnie. Jednak najważniejsze pola „zawód” i „pensja roczna” zostawił wolne. A mimo to był jedynym, który wydał się Shan atrakcyjny.

Oczywiście ma swoje wyobrażenia jak każdy. Niscy, grubi, łysi odpadają na starcie. Powinien wyglądać „czysto” i być nieowłosiony, jak chłopcy z koreańskich oper mydlanych. Tylko nie jak Ujgur, z krzaczastymi brwiami i tak dalej. Shan śmieje się i zakrywa usta dłonią. „Cerę może mieć lekko żółtą, byle nie za bardzo, inaczej wyglądałby jak chory na żółtaczkę typu B”.

 

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj