W głowie Breivika
Ten proces może zmienić oblicze całego narodu: jeśli zabójca nie jest szaleńcem, to trzeba jakoś pogodzić ideę zła z idealistycznym obrazkiem pogodnej, cywilizowanej i racjonalnej Norwegii.
Jeżeli sąd uzna, że Anders Behring Breivik, oskarżony o akty terroryzmu i umyślne zabójstwa, może odpowiadać za swoje czyny, grozi mu maksymalny wymiar kary przewidziany w Norwegii: 21 lat więzienia.
Lise Aserud/Scanpix Norway/Reuters/Forum

Jeżeli sąd uzna, że Anders Behring Breivik, oskarżony o akty terroryzmu i umyślne zabójstwa, może odpowiadać za swoje czyny, grozi mu maksymalny wymiar kary przewidziany w Norwegii: 21 lat więzienia.

Artykuł pochodzi z 16 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 16 kwietnia 2012 r.
Polityka

Artykuł pochodzi z 16 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 16 kwietnia 2012 r.

Począwszy od 16 kwietnia, przez dziesięć tygodni przed sądem w Oslo będzie się toczyć największy proces, jaki kiedykolwiek zorganizowano w Norwegii. Sala rozpraw zostanie powiększona, aby pomieścić tysiąc osób występujących w charakterze oskarżyciela prywatnego oraz ich 150 adwokatów. Rozprawy mają być transmitowane we wszystkich sądach w kraju, aby Norwegowie mogli śledzić proces.

Jeżeli sąd uzna, że Anders Behring Breivik, oskarżony o akty terroryzmu i umyślne zabójstwa, może odpowiadać za swoje czyny, grozi mu maksymalny wymiar kary przewidziany w Norwegii: 21 lat więzienia. Teoretycznie mógłby ubiegać się o przedterminowe zwolnienie po odbyciu dwóch trzecich kary. W większości przypadków skazani na długie wyroki wcześniej wychodzą na wolność. Ale ta sprawa jest wyjątkowa i mało prawdopodobne, aby stało się tak w jego przypadku. Jeżeli natomiast zabójca z Oslo zostanie uznany za osobę, niemogącą odpowiadać za swoje czyny – o czym rozstrzygnie sąd na zakończenie procesu – zostanie przymusowo skierowany do zakładu psychiatrycznego. W takim przypadku to sędzia, po zasięgnięciu opinii psychiatrów, decyduje o ewentualnym zwolnieniu pacjenta. W razie takiej decyzji rozważa się urządzenie pilnie strzeżonego oddziału psychiatrycznego w więzieniu Ila.

***

W rozmowach określa się go dziś mianem gjerningsmannen („sprawcy”) albo terroristen („terrorysty”). Jak gdyby sam fakt nazwania go z imienia i nazwiska mógł sugerować, że wciąż należy on do świata ludzi. Czy 33-letni Anders Behring Breivik jest przestępcą, czy może szaleńcem?
Ta kwestia głęboko dzieli Norwegów i pozwala zrozumieć, dlaczego specjalnie dla niego urządzono nietypowe mieszane miejsce pobytu – na poły więzienie, na poły szpital psychiatryczny – w pilnie strzeżonym zakładzie karnym Ila pod Oslo. Nigdy wcześniej nikogo w Norwegii nie przetrzymywano w takich warunkach. Ale też nigdy wcześniej nie popełniono tam takiej zbrodni.
Ośmiu zabitych w zamachu bombowym w centrum stolicy. 69 młodych ludzi zamordowanych z zimną krwią na wyspie Utoya. To było 22 lipca ubiegłego roku. Norwegia poznała wówczas oblicze tego rosłego blondyna o niebieskich oczach, z lodowatym uśmiechem na ustach spoglądającego w obiektywy aparatów fotograficznych.

Poczytalny - niepoczytalny

Breivik przebywał w dawnej sali konferencyjnej o powierzchni 60 metrów kwadratowych pod stałą obserwacją zespołu medycznego. Dziesięciu pracowników szpitala psychiatrycznego Dikemark zmieniało się po kolei u jego boku przez 24 godziny na dobę, odnotowując każdy jego ruch. Mieli oni za zadanie pomagać dwóm lekarzom, wyznaczonym przez stołeczny sąd do dokonania powtórnej oceny jego stanu zdrowia psychicznego. Pierwszy zespół ekspertów orzekł, że cierpi on na schizofrenię paranoidalną, a zatem nie może podlegać odpowiedzialności karnej. Drugie konsylium, które ogłosiło swoje wnioski 10 kwietnia, na sześć dni przed planowanym rozpoczęciem procesu, uznało go dla osobę poczytalną i „mogącą odpowiadać przed sądem za swoje czyny”.
Ostatni raz przed obliczem sędziego – 6 lutego – stanął w czarnym garniturze i białej koszuli, z bezczelnym błyskiem w oku. Zaczął nawet wymachiwać pięścią zakutą w kajdanki w kierunku błyskających fleszy. Po raz kolejny przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale oświadczył, że jest niewinny. Zapewnił, że działał w ramach obrony koniecznej w imieniu swojego narodu i wyraził zaskoczenie, że nie został jeszcze odznaczony. Zażądał też uwolnienia, wywołując konsternację na sali.

Norwegia od ośmiu miesięcy usiłuje zrozumieć, jak mogła wydać z siebie takiego potwora. Na początku kraj ogarnęła fala emocji. Trzy dni po atakach 150 tysięcy Norwegów zgromadziło się w centrum Oslo z różami w ręku. Socjaldemokratyczny premier Jens Stoltenberg wezwał, aby odpowiedzią na przemoc było więcej demokracji i humanizmu. Ale szybko zaczęły się pojawiać niepokojące pytania. Dlaczego służby wywiadowcze zupełnie nie wiedziały, co się święci? Na początku 2011 roku ostrzegały one wprawdzie przed ryzykiem ataku ze strony islamistów, natomiast uznały za „mało poważne” zagrożenie ze strony środowisk ekstremistycznych w samej Norwegii. Liberalna deputowana Borghild Tenden tłumaczy, jak bardzo zaszokował ją fakt, że sprawca ataków okazał się być „jednym z nas”. W podobnym tonie wypowiada się również Eric Sonstelie, ojciec jednej z dziewcząt, ocalałych z masakry na wyspie Utoya. Chciałby on zrozumieć, jak chłopiec, który uczęszczał do „naszych” szkół, mógł się do czegoś takiego posunąć.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj