Czy USA przetrwają do roku 2020?
Rok po masakrze na wyspie Utoya Johan Galtung, norweski politolog, działacz pokojowy i laureat „alternatywnej Nagrody Nobla” mówi o przemocy i mrocznej stronie natury ludzkiej.
Johan Galtung, norweski działacz pokojowy.
Manipulating Light/Flickr CC by SA

Johan Galtung, norweski działacz pokojowy.

Artykuł pochodzi z 31 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 30 lipca 2012 r.
Polityka

Artykuł pochodzi z 31 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 30 lipca 2012 r.

Süddeutsche Zeitung: Co właściwie robi badacz problemów pokoju?

Johan Galtung: Zajmuję się badaniem konfliktów i przemocy, aby drogą rozwiązywania sporów doprowadzić do pokoju.

Przypomina pan sobie dzień, w którym przemoc wtargnęła w pańskie życie?

To było wtedy, gdy naziści zabrali mojego ojca. Wybiegłem na balkon naszego mieszkania na czwartym piętrze w Oslo i zobaczyłem już tylko, jak samochody policyjne z piskiem opon odjeżdżały w kierunku więzienia. Stałem tak potem i płakałem. To było w moim życiu doświadczenie, które mnie ukształtowało.

Pańskiego ojca zabrano do osławionej głównej siedziby gestapo przy Victoria Terrace, a potem do obozu koncentracyjnego Grini w pobliżu stolicy. Co mu zarzucano?

Mój ojciec był ordynatorem w szpitalu, a poza tym byłym wiceburmistrzem Oslo. Naziści wzięli go jako zakładnika. Potem grozili aliantom, że go zamordują, jeśli Brytyjczycy jeszcze raz zrzucą bomby na miasto. Jednak Brytyjczycy przylatywali bardzo często, dzień w dzień trwały te przeklęte naloty. Dopiero po 14 miesiącach wojna dobiegła końca i mój ojciec wyszedł na wolność.

Pański ojciec był oficerem, pański ojciec chrzestny – dowódcą norweskiej armii. Trudno było zerwać z tą tradycją?

Zrobiłem to po prostu; dla mnie wzorcem był Gandhi. W 1951 r. odmówiłem stawienia się w celu odbycia służby wojskowej. Wtedy w Norwegii to była sensacja. Odmowa służby wojskowej – to było coś dla świadków Jehowy, ale nie dla syna oficera Galtunga.

Pana nazwisko symbolizuje obecnie całą dziedzinę nauki. Jakim mianem można określić to, kim pan jest i czym się pan w życiu kieruje? Pacyfizm?

Wolałbym uniknąć etykietek. Nie jestem miłośnikiem armii, ale nie jestem też pacyfistą. Jeżeli istnieje ugruntowana przemoc – czyli dyskryminacja lub niesprawiedliwy podział dóbr, które uniemożliwiają rozwój jednostki, a zarazem zostały już wyczerpane wszystkie pokojowe metody zwalczenia tego stanu rzeczy – trzeba te struktury zmienić sięgając również po przemoc, o ile nie można inaczej. To mnie odróżnia np. od mojego ojca.

Czyli oficera?

Uważał się przede wszystkim za lekarza. Podczas niemieckiej inwazji został u brzegów Oslo zatopiony krążownik Blücher; setki niemieckich żołnierzy szukało ocalenia w lodowatej wodzie i wylądowało potem na stole operacyjnym ojca. Często go później wypytywałem, dlaczego tak oszczędnie posługiwał się skalpelem. Przecież wystarczyłoby jedno krótkie pchnięcie w kierunku serca i nikt by niczego nie zauważył. Czuł się jednak związany przysięgą Hipokratesa.

Pan, choć zwolennik Gandhiego użyłby w skrajnym przypadku przemocy, a pana ojciec – oficer – wzbraniał się przed tym. Czyż to nie paradoks?

To typowe dla moich relacji z ojcem. Był chrześcijaninem i żołnierzem, a ja jestem poganinem – no trochę buddystą – a głównie badaczem pokoju. Rozmawialiśmy ze sobą godzinami, często całymi dniami. W jakiś sposób stałem się przez to medykiem.

Jak to?

W każdym razie nauczyłem się od niego patrzeć na świat oczami lekarza. Z czasem uzmysłowiłem sobie, że robię właściwie to samo, co ojciec. Pokój i zdrowie często uchodzą za wartości utopijne, ale nie są nimi. W ciągu ostatniego dwustulecia lekarze wydłużyli ludzkie życie o 25 lat. Wiele par może teraz być ze sobą 30-40 lat i cieszyć się z dobrej kondycji zdrowotnej partnera. Analogicznie jest z pokojem.

Porównuje pan przemoc z chorobą. Jak wygląda kuracja antywojenna?

Tak samo jak w medycynie: diagnoza, prognoza i terapia. Trzeba zrobić szeroki rekonesans i spróbować wyrobić sobie pełny obraz sytuacji, by dzięki temu znaleźć w miarę satysfakcjonujące rozwiązanie dla wszystkich. Nie należy przy tym żadnej strony odsądzać od czci i wiary, ani żadnej przyznawać całej racji.

Proszę wybaczyć, ale brzmi to mocno banalnie.

To jest proste, ale nie banalne. Proszę mi wierzyć.

W takim razie dlaczego nadal jest tak dużo konfliktów?

Ponieważ politycy wolą demonizować przeciwników zamiast z nimi rozmawiać, by znaleźć rozwiązanie. Tym samym w ogóle nie sposób postawić diagnozy, bo od samego początku tłumi się tę możliwość. Nie twierdzę przecież, że adwersarzy trzeba koniecznie kochać, ale należy wszystkich wysłuchać.

Wszystkich? Czyli także dyktatorów, terrorystów i faszystów?

Owszem. Prowadzi się rozmowy z talibami, al-Kaidą, organizacją Hezbollah, a nawet z Departamentem Stanu USA.

Rozmawiałby pan zatem z Saddamem Husajnem?

Z pewnością, bo każdy człowiek ma swoje uzasadnione cele.

Także z Baszarem Asadem?      

Tak, już od miesięcy analizuję konflikt syryjski. Regularnie prowadzę rozmowy i być może już wkrótce polecę prosto do Syrii.

Kto pana wysyła na takie misje?

To zależy. Często jestem doradcą agend ONZ, jak np. UNESCO. Niekiedy zapraszają mnie komisje ds. praw człowieka, ale najczęściej proszą mnie o pomoc organizacje pozarządowe.

Mówi się, że utrzymywał pan pośredni kontakt z Muammarem Kaddafim w Libii. Jak reagował na pana propozycje?

Nie ujawniam żadnych szczegółów związanych z moimi mediacjami, bo naruszałoby to zobowiązanie do milczenia, które sam sobie nałożyłem.

 

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj