Łowcy długów
Kto tam? Inkasent!
Po łacinie „vindicator” znaczy mściciel. Dobra nazwa dla jednego z najstarszych zawodów świata.
PantherMedia

Artykuł pochodzi z  35 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 27 sierpnia 2012 r.
Polityka

Artykuł pochodzi z 35 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 27 sierpnia 2012 r.

W pochmurne przedpołudnie dwaj nieprzeciętnie barczyści mężczyźni stoją przed furtką pewnego domu jednorodzinnego. Sammy, rodem z Bośni, ma jasne włosy i opaloną twarz. Drugi, zwany Machete, to 43-letni Turek – worki pod oczami, kędzierzawa czupryna, zaczesana do tyłu i wygładzona żelem. Obaj mają czarne bluzy, czarne sztruksowe spodnie, wysokie czarne buty. Sammy dzwoni. Raz, drugi raz. Nic. Wtedy Machete, który stoi za nim z założonymi rękami, widzi, że w sąsiednim domu ktoś porusza firanką. – Sammy! – syczy. Mężczyzna rusza. Kiedy również drzwi domu obok pozostają zamknięte mimo kilkakrotnego naciskania dzwonka, maszeruje do uchylonego okna. – Proszę się nie bać! – woła przez szparę. – Chcemy tylko porozmawiać o państwa sąsiadach.

Chwilę później drzwi otwiera zdenerwowana starsza kobieta. Sammy uśmiecha się życzliwie i wymienia nazwisko sąsiada. Kobieta kiwa głową. W tym momencie Sammy kładzie rękę na jej klamce. – No ładnie – mówi. Jej spojrzenie wędruje od grubych palców poprzez szeroką klatkę piersiową aż do ciemnych kresek tatuażu, którego końce wyłaniają się spod kołnierza bluzy. Potem kobieta zaczyna mówić. O długach sąsiada. O tym, że wszyscy w sąsiedztwie wiedzą, że na tego typa trzeba uważać. I o wielkim ciemnym samochodzie, jakim jeździ. Może zauważyła, jakiej marki jest auto? – pyta Sammy. – Audi – odpowiada kobieta, już pewniejszym głosem. – Chyba A6. – Dziękuję – mówi Bośniak, puszczając klamkę. – Bardzo nam pani pomogła.

Nadejdzie dzień zapłaty

W samym środku Niemiec w biały dzień do drzwi dzwonią mężczyźni, którzy wyglądają jak postacie z filmu Quentina Tarantino. Zajmują się windykacją długów. Firma Sammy’ego i Machete nazywa się Moskau Inkasso. To nie żart. Dowcipem nie jest też ich hasło reklamowe: „Twój dłużnik nie musi znać rosyjskiego. I bez tego zaraz nas zrozumie”.

Obaj zgodzili się, żeby przez jeden dzień towarzyszyć im przy pracy. Opowiadają o swoim sposobie działania (Jeszcze się mieści w granicach legalności) i tłumaczą, dlaczego taka firma może funkcjonować w takim kraju jak Niemcy. – Ludzie nie umieją już gospodarować swoimi pieniędzmi – mówi Sammy. – Nie rozumieją, że pożyczone sumy trzeba będzie z czasem zwrócić. W przypadku, z jakim właśnie mamy do czynienia, poszukiwany dłużnik naciągnął wierzyciela na 175 tys. euro. Wierzyciel wynajął firmę windykacyjną. Przy takiej kwocie opłaci się wykonać kilka wizyt domowych.

Spotykamy się rankiem w ciemnawym barku hotelowym przy hanowerskim lotnisku. – Ja też czytam gazety – mówi Sammy, który windykacją zajmuje się od 10 lat. – Świat zwariował. Ale wierz mi, u nas zawsze nadchodzi dzień zapłaty. Dzień zapłaty. Czy to nie brzmi staroświecko? Przecież pieniądze, kiedyś oznaka zaufania, w permanentnym globalnym kryzysie stały się czymś tak ulotnym, że laik postrzega je dziś jako coś w rodzaju bańki mydlanej z wypisanymi na niej liczbami – skoro jedna pęka, natychmiast pojawia się następna, jeszcze większa i jeszcze bardziej kolorowa. Jakiś duży bank się spłukał? Państwo mu pomoże. Państwo się spłukało? Niemcy mu pomogą. Długi, można by sądzić, stały się bytem wirtualnym. Nikt za to nie odpowiada. Nie wyznaczono dnia zapłaty.

U Sammy’ego jest inaczej. – Długi to liczby – powiada. – Monity to tylko papier. A osiłek pod drzwiami to osiłek pod drzwiami. Oto motto jego firmy, która działa na całym świecie, zwłaszcza w Niemczech, Hiszpanii, Turcji, Europie Wschodniej i Rosji. Stałych pracowników jest 60, 30 działa w terenie, do tego dochodzi siatka pomocników i informatorów. –Dopadniemy każdego – mówi Sammy. Machete kiwa głową.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj