Rząd w Madrycie ma kłopoty
Hiszpańska solidarność
Hiszpański rząd i premier Mariano Rajoy pracuje ostatnio pod wielką presją i to na kilku frontach. Katalonia żąda separacji i oczekuje przeprowadzenia w tej sprawie pod koniec listopada referendum, w Madrycie trwają protesty przed dalszymi cięciami, które Rajoy już zapowiedział, i których listę ma ogłosić pod koniec tego tygodnia, a z Brukseli cały czas płyną sygnały, że dziura w budżecie wciąż jest duża i jeśli Hiszpanie nie wygenerują kolejnych oszczędności na żadną pomoc z Unii nie mają co liczyć.

Katalońskie żądania separacji są podsycane ich własnymi kłopotami finansowymi, które w ostatnich miesiącach zmusiły Katalończyków do poproszenia o 5, a nawet 6,5 mld euro pożyczki. Wsparcie popłynie z utworzonego wcześniej przez premiera funduszu awaryjnego na pomoc dla potrzebujących regionów. Ale w Katalonii nikt nie mówi, że bezpośrednią przyczyną kłopotów gospodarczych regionu jest głęboka recesja, która nastąpiła po pęknięciu bańki budowlanej i rozrzutność kolejnych regionalnych rządów, które przez lata prosperity lekką ręką wydawały pieniądze nie robiąc żadnych oszczędności. Separatyści obwiniają tylko łupieżczą politykę fiskalną i koniec kłopotów finansowych Katalonii wiążą z wprowadzeniem paktu fiskalnego, który umożliwiłby im odprowadzanie mniejszych składek do centralnego budżetu. Tylko zapominają, że gdyby nie ta polityka, to fundusz awaryjny, z którego teraz mają dostać pożyczkę w ogóle by nie powstał. A znacznie biedniejsza od Katalonii Andaluzja, która przymierza się też do poproszenia o wsparcie, w ogóle nie miałaby na co liczyć.

Głos króla Juana Carlosa o narodową jedność jest wołaniem na puszczy. Hiszpańska solidarność się kruszy, bo każdy tę solidarność rozumie tu inaczej. Ludzie, którzy wyszli we wtorek na ulicę Madrytu i przed parlamentem protestowali przeciwko dalszym cięciom, czują się oszukani. Uważają, że polityka oszczędnościowa prowadzona przez Rajoya nie pokrywa się z obietnicami wyborczymi Partii Ludowej. Twierdzą, że poprzez cięcia w oświacie i służbie zdrowia Hiszpania przestała być państwem opiekuńczym. Obwiniają o to rząd, chcą głowy premiera i rozpisania nowych wyborów. Słyszą, że we wstępnym projekcie budżetu na przyszły rok czeka ich kolejna podwyżka podatku VAT, obniżenie zasiłków dla bezrobotnych i płac dla urzędników. Trudno jest im to zrozumieć, bo wielu z nich od dawna nie ma pracy, doszli już prawie do ściany i teraz czują, że nawet gdyby chcieli, to nie mają już czym dzielić się z państwem.

Tymczasem Unia naciska. Pomruki Katalonii w Brukseli nikomu nie są na rękę. Unia boi się, że stworzyłoby to niebezpieczny precedens. Na razie więc jasno daje do zrozumienia odwiedzającemu Brukselę przewodniczącemu katalońskiego rządu regionalnego, żeby się dobrze zastanowił nad oderwaniem, bo fakt, że Hiszpania jest we Wspólnocie wcale nie oznacza, że po ogłoszeniu niepodległości Katalonia też by się tam znalazła. Wezwania do niepodległości Katalonii to kolejny element niepewności dla Hiszpanii.

Rząd rzeczywiście nie zapowiadał cięć, które teraz przeprowadza. Już podczas kampanii w 2011 r. wiadomo było, że trzeba będzie szukać oszczędności, ale Rajoy obiecywał, że uzyska je poprzez ograniczenie biurokracji, prywatyzację państwowych przedsiębiorstw, reformę rynku pracy i cięcia, które jednak miały np. nie dotknąć emerytów. Zapowiadał ulgi podatkowe, które miały napędzić gospodarkę. Ale wszystko to były wyborcze gruszki na wierzbie. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że sytuacja działa mocno na niekorzyść rządu, kryzys w całej Europie się pogłębia i nie tylko Hiszpania zbliża się do krawędzi bankructwa. Rozpisanie nowych wyborów – do czego nawołują protestujący – niewiele chyba w tej sytuacji pomoże.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj