Kamerdyner papieża skazany
Dziwny koniec dziwnej sprawy
Tempo było ekspresowe. Czwartego dnia rozprawy sąd watykański wydał wyrok na papieskiego lokaja Paolo Gabrielego oskarżonego o kradzież, a dokładnie nielegalne przywłaszczenie, tajnych dokumentów papieża: osiemnaście miesięcy więzienia.

Tempo ekspresowe, prawda, tylko nie jest jasne, czy sprawa została w tym ekspresowym tempie do końca wyjaśniona, czy może raczej szybkie tempo pozwoliło nie drążyć zbyt głęboko, co się właściwie stało.

Bo przecież takie rzeczy zdarzają się w państwie papieskim rzadko: ktoś z najbliższego, najbardziej zaufanego kręgu głowy tego państwa, papieża Benedykta XVI, przez sześć lat ma wgląd w jego tajne, poufne lub po prostu prywatne dokumenty i listy. I wynosi część z nich do siebie.

A część z tej części daje włoskiemu dziennikarzowi, który ogłasza je w swojej książce o kulisach Watykanu. O machinacjach finansowych, podejrzanych operacjach biznesowych, rywalizacji grup prałatów o wpływy i władzę. Tak wybucha sprawa nazwana w mediach VatiLeaks – kolejny cios w wizerunek Watykanu za pontyfikatu Benedykta XVI.

Czy i kto za tym stał, prócz kamerdynera? Wygląda na to, że nie. Takie przynajmniej wrażenie może wywołać przebieg procesu. Z znanych mi relacji wyłania się obraz Paolego jako kogoś niezbyt dojrzałego. Prócz tysiąca stron wykradzionych dokumentów, policja watykańska wyniosła z jego domu dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy stron innych materiałów, które latami gromadził legalnie, z powszechnie dostępnych źródeł.

A to o włoskiej masonerii, a to zasadach działania tajnych służb, a to o okultyzmie, a to o jodze i buddyzmie itp. Paolo sprawia wrażenie owładniętego jakąś obsesją spiskową, wszędzie węszącą zagrożenie, a z drugiej strony dewocją religijną, silnym emocjonalnym kultem polskiej świętej Faustyny Kowalskiej, mistyczki i wizjonerki, której przez długie lata Kościół nie dostrzegał, a którą na ołtarze wyniósł Jan Paweł II.

W słowie końcowym na sali rozprawy Gabriele powtórzył, że niczego nie kradł, tylko działał z miłości do Kościoła i obecnego Ojca Świętego (mnożą się spekulacje, że papież ułaskawi swego lokaja). Jego linia obrony jest więc taka, że chodziło mu o zwrócenie uwagi na zło, jakie dostrzegł w wyniesionych dokumentach.

Dlatego dokonał „wycieku”. No tak, ale czy pokazywał lub przekazywał te dokumenty jeszcze innym osobom i komu? Tego się z procesu nie dowiedzieliśmy. Wygląda na to, że w ekspresowym tempie sąd zostawił nas właściwie raczej z pytaniami niż odpowiedziami, jaka jest prawda o Paolo i jego występku.

Dziwny jest ten Watykan.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj