Po drugiej debacie: Obama-Romney
Lepsza debata, lepszy Obama
Stało się jak zwykle. Oba sztaby – Demokratów i Republikanów ogłosiły zwycięstwo swego kandydata.

Ale sondaże przeprowadzone zaraz po wtorkowej, drugiej debacie telewizyjnej rywalizujących o urząd prezydenta USA – pokazały, że lepszy był Obama (CNN - 46 : 39, CBS – 37:30, a CNBC aż 56:39). Wyszło szydło z worka. Można przypuszczać, że Obama – w pierwszej debacie – bał się, iż jeśli będzie atakował Romneya, przyszpilał go na niekonsekwencjach i przeinaczeniach – to wyjdzie na aroganta. Stąd mogła się brać jego niepewność i przygaszona postawa. Nie był swobodny.

Tym razem to Mitt Romney wyszedł na arenę skrępowany, jakby przeczuwając, że Barack Obama powróci do swej zwykłej formy, że będzie silniejszy. W pewnym momencie Romney powiedział nawet, że Obama jest great as a speaker, świetny jako mówca, ale rzeczywistość i fakty nie przemawiają za nim. Obama nie pozwalał jednak na ogólniki, częściej kontrował, nie wahał się przerywać Romneyowi i nie bał się go atakować.

Znów obciążenia podatkowe i zadłużenie państwa wyszły na pierwszy plan. Romney atakował prezydenta zarzucając mu, że dopuścił do ogromnego deficytu w USA. Obama zaraz jednak kontrował: Romney chce zmniejszyć deficyt? A sam płaci tylko 14 proc. podatku, czyli mniej niż większość z was?
Metodę tę Obama stosował kilkakrotnie. Na przykład Romney zarzucał, że Obama jest za miękki wobec ekspansywnych Chin. Prezydent zaraz przypomniał, że to właśnie Romney był jednym z pierwszych, którzy wspierali firmy przenoszące się z Ameryki do Chin. Gubernatorze, nie ma pan co nam udzielać pouczeń jak być twardym wobec Chin. Romney, broniąc się, chciał przypomnieć, że wiele funduszy emerytalnych zawiera chińskie akcje czy obligacje. Nie pan przejrzy fundusz emerytalny! – powtarzał kilkakrotnie. Na co Obama: - Nie patrzę na moje fundusze, nie są tak duże jak pańskie, nie muszę tak często sprawdzać.

Tu Obama porusza się po ryzykownej ścieżce, bowiem sukces finansowy i nawet wielkie bogactwo są w Ameryce raczej powodem do dumy, niż zawstydzenia. Romney jednak też musi uważać, by nie kojarzono go z cynicznym milionerem, nieczułym na los biedaków. Chociaż obaj rywale zapewniali, że najbardziej leży im na sercu powodzenie klasy średniej, czyli największej części amerykańskiego elektoratu, to Obamie udało się zepchnąć Romneya na pozycje defensywne, obrońcy i rzecznika najbogatszych. Rozmawiano o bankructwach i Romney, który stara się wykazać, że jako biznesmen lepiej zna się na gospodarce dowodził, że bankructwa firm mają charakter ozdrowieńczy, że firma przechodzi przez okres bankructwa i staje się silniejsza. Obama zaraz punktował, że recepty Romneya prowadzą do zysku dla właścicieli: nawet jak zwalniają ludzi i bankrutują, to sami wychodzą z zyskiem – mówił. Także na koniec debaty Obama wykorzystał napięcie między bogatymi i biedniejszymi. Wierzę, że Romney jest dobrym człowiekiem – powiedział. Ale zaraz przypomniał największą jak dotąd gafę strzeloną przez Romneya na zamkniętym spotkaniu republikanów wspierających kampanię, gafę o 47 procentach Amerykanów, traktujących się jak „ofiary” i uzależnionych od pomocy państwa. Obama zaraz ustawił się po ich stronie zapewniając, że będzie pomagał tym, którzy potrzebują pomocy i zasługują na nią.

Wyścig prezydencki dalej jest otwarty, choć ja spokojniej dziś obstawiam Obamę.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj