USA przed wyborami: podróż po niezdecydowanych stanach
Rozhuśtane stany
Amerykańskie wybory rozstrzygną się w niespełna 10 stanach. Nazywają się swing states, bo mogą przechylić szalę zarówno na korzyść Baracka Obamy, jak i Mitta Romneya. Zapraszamy w podróż po niezdecydowanej Ameryce.
Floryda. Disney World w Orlando.
Bildagentur Huber/Forum

Floryda. Disney World w Orlando.

Jak co cztery lata prezydenta USA nie wybiorą Amerykanie, tylko elektorzy. 17 grudnia, ponad miesiąc po wyborach, 538 elektorów zbierze się w stolicach swoich stanów i wskaże zwycięzcę w każdym z nich. Opieczętowane koperty z wynikami trafią następnie do dwóch mahoniowych skrzynek w biurze przewodniczącego Senatu w Waszyngtonie – zostaną otwarte dopiero 6 stycznia na pierwszej sesji nowego Kongresu. O godz. 13 w Izbie Reprezentantów rozpocznie się liczenie głosów, po czym parlament USA ogłosi nazwisko nowego prezydenta i wiceprezydenta. Demokratyczna procedura przypieczętuje wybór, który w opinii wielu urąga prawdziwej demokracji: przywódcę Ameryki wybierają wciąż stany, a nie ogół jej obywateli.

Do zwycięstwa trzeba minimum 270 głosów elektorskich, a te nie rozkładają się wcale proporcjonalnie do liczby ludności. Dla przykładu, w Teksasie na każdego elektora przypada ponad 700 tys. obywateli, a w Wyoming niespełna 200 tys. Zwycięzca w danym stanie zgarnia całą pulę głosów, co oznacza, że kandydaci prowadzą kampanię tylko tam, gdzie mogą stracić poparcie albo przechylić stanowy wynik na swoją stronę. Demokraci od lat dominują na obu liberalnych wybrzeżach Ameryki i w uprzemysłowionym regionie Wielkich Jezior. Baza republikanów to Pas Biblijny na Południu i konserwatywny Zachód.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj