Egipt - główny gracz w starciu Izrael kontra Hamas
Uścisk przez druty
W globalnej polityce nie ma żadnego znaczenia, kto i dlaczego rozpoczął zbrojne starcie Strefy Gazy z Izraelem. Również ostateczny wynik walk niewiele zmieni. Nawet jeśli 75 tys. zmobilizowanych przy tej okazji izraelskich żołnierzy przystąpi do naziemnej ofensywy, państwo żydowskie nie zaryzykuje ponownej okupacji Strefy, a Hamas nie przestanie istnieć.

Głównym graczem na tym boisku jest dzisiaj Egipt, pretendujący do roli muzułmańskiego mocarstwa. Mediacja Kairu nie zostałaby, prawdopodobnie, odrzucona ani przez Gazę, ani przez Jerozolimę. Ale prezydent Mohamed Morsi wybrał łatwiejszą drogę: odwołał swego ambasadora w Tel Awiwie. Trudno przypuszczać, by premier Beniamin Netanjahu spędził z tego powodu bezsenną noc. Gdyby Morsi zagroził rewizją traktatu pokojowego, Jerozolima nie mogłaby pozostać obojętna. Ale muzułmańskie poczucie solidarności nie było dostatecznie silne, aby podjąć ryzyko takiej konfrontacji. Podobnie jak większość arabskich polityków, Mohamed Morsi pozostał w sferze retoryki, która niczego nie wnosi. Pod koniec tygodnia oświadczył, że Bractwo Muzułmańskie w Kairze nie pozostawi swemu losowi Bractwa Muzułmańskiego w Gazie. W pogranicznym miasteczku Rafah pojawił się egipski premier Hiszam Kandil, uścisnął dłoń szefa Hamasu Ismaila Haniji i zostawił mu w prezencie kilka skrzyń medykamentów. Gdyby zamiast tego nakazał otwarcie przejścia granicznego, izolacja Gazy zakończyłaby się raz na zawsze. Ale tego rząd Egiptu nie chce zrobić; w trosce o własne interesy woli ściskać dłonie przez drut kolczasty.

Gdy 300 rakiet Fadżr-5 irańskiej produkcji wystrzelonych zostało z Gazy w kierunku Tel Awiwu i Jerozolimy (niemal wszystkie przechwycone przez system obronny „Żelazna Kopuła”), zachodnia opinia publiczna, po raz pierwszy od wielu lat, niemal jednogłośnie poparła państwo żydowskie. Barack Obama oświadczył, że „Izrael ma prawo do samoobrony”. Podobne stanowisko zajęła Unia Europejska. Polska dyplomacja dołączyła swój głos, nawołując do oszczędzania życia cywilnej ludności. Jak to uczynić, tego nikt nie wie ani w Waszyngtonie, ani w Warszawie. Puste deklaracje bez czynów nigdy jeszcze nie uratowały człowieka od śmierci.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj