Jak pomagać w Sudanie
Zabawa w Pana Boga
Często nie mamy czasu na dyskusje, musimy działać natychmiast. Zwłoka może kosztować życie setek, czasem tysięcy ludzi - mówi Roman Majcher, szef ECHO, agencji pomocy humanitarnej Unii Europejskiej, na Sudan Południowy.
W Sudanie Południowym mieszka 10 mln ludzi, być może nawet 3,5 mln potrzebuje natychmiastowej pomocy humanitarnej.
Adriane Ohanesian/Reuters/Reuters

W Sudanie Południowym mieszka 10 mln ludzi, być może nawet 3,5 mln potrzebuje natychmiastowej pomocy humanitarnej.

Roman Majcher, szef ECHO, agencji pomocy humanitarnej Unii Europejskiej na Sudan Południowy.
Archiwum prywatne

Roman Majcher, szef ECHO, agencji pomocy humanitarnej Unii Europejskiej na Sudan Południowy.

Artur Domosławski: Jakie są największe wyzwania, z którymi musi mierzyć się każdy, kto zajmuje się pomocą humanitarną w Sudanie Południowym?
Roman Majcher: Po pierwsze, skala. Przyjmujemy, że w Sudanie Południowym mieszka 10 mln ludzi, być może nawet 3,5 mln potrzebuje natychmiastowej pomocy humanitarnej. Tu nie chodzi o jakość ich życia, o ubóstwo, lecz o być, albo nie być. Nawet jeśli okazałoby się, że tak liczba jest nieco mniejsza, np. 2 mln, to i tak jedna piąta ludności wymaga natychmiastowej interwencji, bo za chwilę może jej nie być. To szokujący odsetek.

Po drugie, kompleksowość wyzwań. Czasem mówi się, że po pół wieku wojen domowych ten kraj wymaga odbudowy. To nieprawda. Tu trzeba zbudować – nie odbudować - wszystko od początku. Nie chodzi tylko o infrastrukturę, ludzie muszą nauczyć się żyć ze sobą w pokoju, to zaczyna się od relacji międzysąsiedzkich. Do tej pory zawsze było tak, że ten kto silny, tego racja na wierzchu, tu nikt nikomu nie popuścił. Przemoc była obowiązującą walutą.

Dalej – spójrzmy na dane. 60-70 proc. ludzi to analfabeci. Umieralność matek po porodzie w Sudanie Południowym to ponad 2 tys. zgonów na 100 tys. porodów, w Polsce – pięć, różnica czterystokrotna! Kraj leży na bagnach, ma więc dużo wody, ale tylko 50-60 proc. ludzi ma dostęp do wody zdatnej do picia. To oznacza, że blisko połowa pije wodę szkodliwą dla zdrowia i niebezpieczną dla życia. Do tego mamy konflikt z Sudanem północnym i niezliczoną liczbę lokalnych konfliktów etnicznych. Wymieniać dalej?

Co to wszystko praktycznie oznacza dla ludzi i organizacji zajmujących się pomocą humanitarną?
Na przykład, że pomoc trzeba planować dużo dokładniej, dużo bardziej naprzód niż gdzie indziej. W Sudanie Południowym mamy zaledwie 100 km dróg asfaltowych, a ponad połowa kraju jest niedostępna przez sześć miesięcy pory deszczowej. Ludzie żyją na terenach kompletnie odciętych, czasem nie ma dojazdu lądem, a transport lotniczy bywa dziesięć razy droższy. Czyli natrafiamy na przeszkodę kosztów. Często trzeba „łapać“ suchy dzień, bo następny może się prędko nie trafić. Trzeba również lepiej przewidywać, gdzie za chwilę może pojawić się problem wymagający interwencji humanitarnej, żeby nie dotrzeć z pomocą za późno.

Proszę opowiedzieć, skąd się wzięła pana przygoda z Sudanem Południowym i pracą w organizacjach zajmujących się pomocą humanitarną.
Zaczęło się w rodzinnym Nowym Sączu, gdzie w 1998 r. podjąłem pracę w Małopolskim Towarzystwie Oświatowym. Zajmowałem się projektami pomocy ludności romskiej i niepełnosprawnym. Stamtąd trafiłem do Action Against Hunger, amerykańskiej filii francuskiej organizacji humanitarnej. Pojechałem do Afganistanu, potem do Angoli, Sudanu, Kenii, Pakistanu. Potem był Oxfam – przez pięć lat uczestniczyłem w projektach pomocowych dla społeczności dotkniętych wojnami, trzęsieniami ziemi, tsunami, cholerą, suszą. Pracowałem m.in. w Indonezji, Bangladeszu, Mianmarze, Etiopii, Czadzie, Mozambiku, Kongu, Rwandzie. Od dwóch lat kieruję ECHO w Sudanie Południowym [ECHO to agencja zajmująca się dostarczaniem pomocy humanitarnej w imieniu Unii Europejskiej; pełna nazwa – Komisja Europejska: Pomoc Humanitarna i Ochrona Ludności].

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj