W USA podsłuchiwano dziennikarzy
Nie jesteśmy na wojnie
Przez całe dwa miesiące władze podsłuchiwały rozmowy ponad 20 dziennikarzy amerykańskiej agencji prasowej Associated Press (AP). Inwigilacja obejmowała zarówno telefony biurowe, jak i domowe, a w sumie dotyczyła zapewne kilkudziesięciu dziennikarzy.

Prezes agencji – w liście do ministra sprawiedliwości – potępił „masową i bezprecedensową” ingerencję w pracę mediów, a zrzeszenie dziennikarzy oceniło, że akcja władz „zatrwożyła amerykańskie sumienia”. Chociaż wystąpiły okoliczności łagodzące: samo ministerstwo poinformowało agencję, że śledziło telefoniczne, to oczywiście takie działania władz naruszają wolność prasy i to w kraju, który wolność codziennie nosi na sztandarach. Władze mają prawo podsłuchać dziennikarza, ale jedynie w ostateczności, kiedy wyczerpano inne możliwości śledztwa i po uzyskaniu osobistej zgody ministra sprawiedliwości.

AP nie została nawet poinformowana z jakiego powodu wprowadzono podsłuch. Prawdopodobnie ministerstwo sprawiedliwości szukało źródła przecieku na temat operacji CIA przeciw Al-Kajdzie w Jemenie w 2012 r. Przeciek psuł oficjalną tezę Białego Domu, że Al-Kaida nie szykuje żadnego zamachu w rocznicę zabicia Osamy ibn Ladena.

Dziennikarze słusznie się oburzają, jednak niemała część opinii publicznej, zwłaszcza w Partii Republikańskiej uważa, że rząd nie dość energicznie zwalcza przecieki w służbach i agendach rządowych. W grudniu zeszłego roku grupa 29 senatorów republikańskich pod wodzą Johna McCaina popierała rezolucję żądającą energicznej walki z przeciekami, a nawet nominacji specjalnego prokuratora do takich śledztw. Zawsze i wszędzie rządy krajów demokratycznych mają kłopoty z wyważeniem racji: ochroną bezpieczeństwa i wolnością informacji. Dociekliwa prasa jest też dla nich ciągłą zmorą, chętnie obwinianą za niepowodzenia urzędników.

Cała ogromna akcja śledzenia dziennikarzy przebiegała rozpoczęła się akurat wtedy, kiedy na ekrany wchodził nagradzany film Stevena Spielberga „Lincoln”. Abraham Lincoln uchodzi za pierwszego amerykańskiego prezydenta, który umiał sobie ułożyć życie z prasą. Pielęgnował osobiste stosunki z dziennikarzami, zasięgał ich rady i mianował na stanowiska w rządzie albo kusił obietnicami stanowisk. Mimo to, podczas wojny domowej miał ciągłe kłopoty: dziennikarze przedstawiali własne pomysły jak prowadzić działania wojenne i jak osiągnąć zwycięstwo. Prasa nie szczędziła Lincolnowi krytyki, mimo że obowiązywała ścisła cenzura wojskowa. To inna epoka.

Dziś nie ma wojny. Prezydent Barack Obama nie ma tak dobrych stosunków z prasą jak Lincoln. A chociaż z powodu zamachów terrorystycznych, władze stale zachęcają do czujności, rząd na pewno nie powinien inwigilować dziennikarzy. Ta historia nie wyjdzie Obamie na dobre.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj