Nowy prezydent Iranu, nowe porządki?
Tylko nie zagłaskać
Zwycięstwo Hassana Rouhaniego w irańskich wyborach prezydenckich samo w sobie nie jest zaskoczeniem. Jako jedyny z kandydatów był do zaakceptowania dla domagających się zmian Irańczyków.

Zaskoczeniem jest jednak skala tego zwycięstwa i wygrana Rouhaniego już w pierwszej turze. Konserwatyści nie przejmowali się jego wysokimi notowaniami, bo zakładali, że i tak któryś z nich przejdzie do drugiej tury, zgarnie poparcie wszystkich konserwatywnych wyborców i wygra.

Drugim zwycięzcą tego głosowania jest jednak Najwyższy Przywódca Ali Chamenei. Bo tak naprawdę w irańskich wyborach prezydenckich wcale nie chodzi o wybór prezydenta. Są one swoistym referendum, w którym teokratyczny system co cztery lata zyskuje społeczną legitymizację. Od tego, kto zostanie prezydentem, ważniejsza jest chociażby frekwencja – w myśl zasady: głosujesz, akceptujesz system. A ta była w piątek wyjątkowo wysoka. Do urn poszło ponad 80 proc. uprawnionych. Taki wynik wcale nie był pewny. Po tym, jak cztery lata temu reżim sfałszował wybory, istniała obawa, że Irańczycy zbojkotują kolejne głosowanie. Chamenei dobrał jednak kandydatów w taki sposób, aby każda grupa wyborców miała swojego faworyta. A jednocześnie na karty do głosowania nie dopuścił nikogo, kto mógłby zagrozić systemowi.

Nie oznacza to, że wybór Rouhaniego niczego nie zmieni. Chamenei przekonał się, że człowiek pokroju Mahmuda Ahmadineżada być może potrafi zmobilizować wewnętrzne poparcie dla reżimu, ale międzynarodowe koszty jego prezydentury, te policzalne (przede wszystkim sankcje gospodarcze) oraz wizerunkowe, są dla Iranu ogromne. Ostatnim razem, gdy kraj znalazł się w takich tarapatach, Chamenei niespodziewanie w wyborach prezydenckich postawił na reformatora. W 1989 r. Iran wychodził właśnie z krwawej wojny z Irakiem, w czym nie pomagała międzynarodowa izolacja. Najwyższy doprowadził wówczas do zwycięstwa Akbara Rafsandżaniego, pragmatyka dalekiego od religijnej ortodoksji, który dość szybko wyprowadził kraj na prostą.

Triumf Rouhaniego może być próbą powtórzenia tego manewru. Ten 64-letni duchowny w latach 2003-2005 dał się poznać jako sprawny negocjator nuklearny, potrafiący dogadać się z Zachodem. Zna pięć języków, studiował w Glasgow. Wielu ekspertów uważa, że jego zwycięstwo to ręka wyciągnięta do Amerykanów i Europejczyków, szczególnie w sprawie programu nuklearnego.

Oby tylko Zachód nie zagłaskał Rouhaniego. Znów, odwołując się do historii, gdy poprzednik Ahmadineżada, reformatorski prezydent Mohammad Chatami został idolem zachodniej opinii publicznej, skończyło się to odsunięciem go od władzy. Jeśli Zachód teraz zakocha się w Rouhanim bez pamięci, co mogą sugerować entuzjastyczne tytuły w międzynarodowej prasie po wyborach, za cztery lat będziemy mieć w Iranie kolejnego Ahmadineżada. Bo ajatollahowie muszą dbać o równowagę.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj