Ciężki los cenzora
Jeden z chińskich mikroblogów.
Stringer/Reuters/EAST NEWS

Jeden z chińskich mikroblogów.

Reporterzy agencji Reutera dotarli w Tiencinie do byłych cenzorów pracujących dla firmy Sina Waibo.com, administratora 500 mln szalenie popularnych w Chinach mikroblogów, odpowiedników niedostępnego dla chińskich internautów Twittera. Wcale nie przypominają oni Wielkiego Brata, raczej jego młodsze rodzeństwo, zauważa Reuter. Nadzorcy mikroblogów są młodzi, najczęściej tuż po studiach, i słabo opłacani, zarabiają równowartość około 1,5 tys. zł, co w nadmorskich metropoliach nie jest wcale dobrą pensją. Narzekają na brak perspektyw zawodowych i przeciążenie, podczas 12-godzinnej zmiany muszą przeglądać tysiące notatek, praca jest ciężka, także ze względu na czytane treści, więc nie zatrudnia się do niej kobiet. Co prawda cenzorów wspierają automatyczne wykrywacze miazmatów, odsiewające ziarna od niepoprawnych politycznie plew, ale wyselekcjonowane wpisy i tak musi przeczytać człowiek i ręcznie zneutralizować. Np. robiąc blogerowi psikus, polegający na usunięciu wpisu z sieci, choć autor będzie nadal widział go w swoim profilu.

O ile partia komunistyczna stara się nadzorować internautów możliwie żelazną ręką – od początku września obowiązuje kara nawet trzech lat więzienia za szerzenie plotek w Internecie – to zdaje sobie także sprawę, że sieć jest jednym z niewielu wentyli bezpieczeństwa, przez które wypuszcza obywatelskie niezadowolenie. I właśnie na mikroblogach można względnie swobodnie – jak na Chiny – wyrażać swoje poglądy. Cenzorzy stojący na straży tej kruchej równowagi wydają się jednak najsłabszym elementem wielkiego muru wzniesionego w chińskim Internecie.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj