Bunt białej armii
Członkowie „białej armii” Rieka Machara.
Julia Prus/Forum

Członkowie „białej armii” Rieka Machara.

Jeszcze jako senator John Kerry przywiózł prezydentowi Sudanu Południowego dwa kowbojskie kapelusze – biały, żeby nosił, gdy będzie czynić dobro, i czarny, gdy czynić będzie zło. Salva Kiir przez ostatnie miesiące zasługiwał na ten czarny, aż w końcu pod koniec grudnia musiał pokazać się w telewizji w wojskowym mundurze, ogłaszając, że w kraju wybuchła wojna domowa. Od początku starć zginęło już ponad tysiąc osób, a 200 tys. musiało uciekać z domów. Walki sprowokowali ludzie Kiira, tak jak on pochodzący z plemienia Dinka, najliczniejszego w kraju. Teraz jednak inicjatywa należy do sił byłego wiceprezydenta Rieka Machara pochodzącego z drugiego najliczniejszego plemienia Nuer. Jego „biała armia” (żołnierze nacierają sobie twarze białym popiołem) w zeszłym tygodniu kontrolowała już roponośną północ kraju, a oddziały rządowe przygotowywały się do obrony stolicy Juby. Jednocześnie w sobotę w Addis Abebie miały rozpocząć się rozmowy o zawieszeniu broni.

Etnicznie należący do czarnej Afryki Sudan Południowy od uzyskania niepodległości w lipcu 2011 r. był oczkiem w głowie zachodnich rządów, szczególnie USA. O jego oderwanie od arabskiego Sudanu apelowały takie gwiazdy jak George Clooney. Juba co roku dostawała pomoc zagraniczną o wartości ponad miliarda dolarów. Prezydent Kiir do końca był fetowany przez zachodnich polityków, którzy uważali go za gwaranta stabilności. Działo się tak, mimo że stworzył w kraju autorytarny system zwany dinkokracją. Wywołana przez Kiira wojna domowa może teraz sprawić, że to najmłodsze państwo na świecie zapisze się w historii jako najkrócej istniejące.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj