W Syrii nie ma łatwych rozwiązań
Gdy śmierć stała się banałem
Rozpoczynająca się w Genewie konferencja pokojowa w sprawie Syrii będzie porażką, twierdzą syryjscy emigranci w Libanie. Jeśli sami nie zatroszczą się o ojczyznę, nikt im nie pomoże.
W ostatnich tygodniach sytuacja w Syrii pogorszyła się dramatycznie.
Bassam Khabieh/Reuters/Forum

W ostatnich tygodniach sytuacja w Syrii pogorszyła się dramatycznie.

W niedużym bejruckim domu, niedaleko starej latarni, syryjski architekt Omar Abdulaziz Halladż i jego żona, Amerykanka Syndi Stewart, co sobotę otwierają drzwi dla wszystkich Syryjczyków. Od drugiej do siódmej wieczorem można usłyszeć tu odgłosy muzyki, śmiech, brzęk sztućców i talerzy, ale też poważne rozmowy na temat ojczyzny. To więcej niż tylko miejsce spotkań. Młodzi Syryjczycy wymieniają się tu informacjami, które firmy zatrudniają i gdzie można znaleźć pracę. Bywalcy nazywają to miejsce Open House.

Co tydzień pojawia się tu kilkadziesiąt osób. Niektórzy wpadają na chwilę, by przywitać się ze znajomymi, inni zostają kilka godzin. Zaczęło się prawie rok temu. Gospodarz, laureat m.in. prestiżowej nagrody architektonicznej Agha Khan, śmieje się, że w Open House jest tylko jedna zasada: „Palenie wyłącznie na balkonie”. – Dom jest otwarty dla każdego – mówi. I rzeczywiście przychodzą tu Syryjczycy w różnym wieku i z różnymi życiorysami. Większość to ludzie z dyplomami uniwersyteckimi. Syndi opowiada, że kiedy przeprowadziła się do Bejrutu z Damaszku, często słyszała narzekania znajomych ziomków: „Nie lubię Libanu. Chcemy wrócić do domu. Tu jest bardzo źle”. Według niej te spotkania pozwalają jednak ludziom stworzyć wspólnotę poza ojczyzną.

Z mężem zawsze udzielali się społecznie.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj