Co myśli i czego chce prezydent Rosji
Milion dolarów za głowę Putina
O czym myśli Władimir Putin? To pytanie coraz bardziej nurtuje nas wszystkich, zwłaszcza po informacji (wprawdzie zdementowanej) o rzekomym komentarzu Angeli Merkel, że rosyjski prezydent wykazuje cechy osoby mocno oderwanej od rzeczywistości.
Co siedzi w głowie Putina?
ITAR-TASS/Reuters/Forum

Co siedzi w głowie Putina?

Niezwykle ciekawej interpretacji ostatnich wydarzeń udzielił w radiu Echo Moskwy mocno stąpający po ziemi Konstantin Riemczukow, redaktor naczelny „Niezawisimej Gaziety”. „Byłem w Soczi na zamknięciu igrzysk, widziałem absolutnie nieobecny wzrok Putina, bo on rozumiał, że to się stało właśnie w tym czasie. Że kiedy on zajmował się igrzyskami i tylko igrzyskami, nią [Ukrainą – przyp. red.] nikt się nie zajmował” – stwierdził Riemczukow.

Jego zdaniem po przekonaniu Janukowycza do decyzji na rzecz Unii Celnej z Rosją w listopadzie ubiegłego roku Putin poczuł się na tyle silny i pewny siebie, że Rosja zaniedbała przygotowania do ewentualnych mniej korzystnych z jej punktu widzenia scenariuszy rozwoju wydarzeń. I w chwili próby okazała się kompletnie nieprzygotowana. „Mam wrażenie, że Putin, znalazłszy się w tej beznadziejnej pozycji negocjacyjnej, wykonał ten manewr z Krymem, żeby przynajmniej uzyskać jakieś argumenty”.

Polityk numer 1 lub 2

Na fali wcześniejszych sukcesów międzynarodowych, wzmocnionych dodatkowo efektem Soczi – zdaniem Riemczukowa – „Putin odniósł wrażenie, że jeśli jest silny i ma sukcesy, jest politykiem nr 1 lub politykiem nr 2, to może działać tak jak Amerykanie i Francuzi. Oto strefa tradycyjnych geopolitycznych interesów Rosji i argument o ochronie obywateli, bezpieczeństwa etnicznych Rosjan, nawet jeśli są obywatelami Ukrainy, jest wystarczającą legitymizacją. Okazało się, że to nie tak. Tego, co można jednym, innym nie wolno. I teraz, najprawdopodobniej, cały się gotuje i nie rozumie, skąd taka obłuda”.

To jedna z możliwych interpretacji sytuacji i jakaś próba „psychoanalizy”. Optymistyczna o tyle, że zakłada gotowość rosyjskiego prezydenta do negocjacji – zarówno z mocarstwami, jak i nowym rządem Ukrainy. Są też interpretacje o wiele bardziej pesymistyczne, bardziej zbieżne z rzekomą opinią niemieckiej kanclerz. Czy ktoś Władimirowi Putinowi doradza i kim są ci ludzie, czyje analizy czyta? I, jak idiotycznie by to nie brzmiało, skąd rosyjski prezydent czerpie swoją wiedzę o sytuacji na Ukrainie, a przede wszystkim analizę tego, co się tam wydarzyło? Innymi słowy, czy mamy do czynienia z cyniczną rozgrywką, czy z irracjonalnym działaniem.

Załóżmy, że motywacje Władimira Putina są racjonalne. W 2011 r. Kreml z ogromną obawą spoglądał na arabską wiosnę. Protesty na Ukrainie, nie mówiąc już o dalszym rozwoju wydarzeń, były spełnieniem najgorszych snów rosyjskiego establishmentu politycznego. A dotychczas Ukraina, pomimo wewnętrznych podziałów, była bardzo blisko Rosji. Zbuntowana Ukraina z nieograniczonym w zasadzie dostępem do Rosjan (Ukraińcy bez przeszkód mogą podróżować do Rosji i Rosjanie na Ukrainę) to z punktu widzenia rosyjskich władz problem. W tym kontekście zmasowany atak propagandowy, przedstawiający protestujących w Kijowie jako krwawych banderowców, którzy lada dzień ruszą na Moskwę, by pić krew niemowląt, nie musiał być wyłącznie atakiem ciągot postimperialnych, ale też, a może przede wszystkim, świadomym i celowym budowaniem wrogości, która skutecznie oddzieli od siebie dwa społeczeństwa. I tym samym uodporni Rosjan na niepożądane wpływy. Słowiańskie braterstwo braterstwem, ale od wroga wzorców się nie przejmuje, nie próbuje się zrozumieć jego motywacji.

Niech nowi wyjdą na słabych

Rosyjska „misja stabilizacyjna” na Krymie, a w rzeczywistości – i trzeba to powiedzieć wyraźnie – agresja na Ukrainę, ma więc być w oczach Rosjan sprawiedliwą walką z wrogiem, realnym zagrożeniem. A dla Władimira Putina demonstracją siły.

Niezależnie od rezultatu „krymskich zabiegów” Kreml zapewne widzi jeszcze jeden plus – skompromituje nowy rząd w Kijowie. Jeśli wciągnie go w konflikt zbrojny, będzie odpowiedzialny za doprowadzenie do rozlewu krwi. Jeśli zachowa bierność – „nowi” ludzie z Kijowa wyjdą na słabych. Tak przynajmniej, jak sądzę, rozumuje Moskwa. Jak oceni te działania ta część społeczeństwa ukraińskiego, która w ostatnich tygodniach pokazała, że dojrzałością polityczną i obywatelską wyprzedziła swych wschodnich braci o lata świetlne – czas pokaże.

Tocząc swoją walkę o przetrwanie na wewnętrzny użytek, Rosja gra va banque, ryzykując wszystkimi osiągnięciami „polityka nr 1 lub 2” na arenie międzynarodowej i miliardami wydanymi na „efekt Soczi”. Władimir Putin liczy być może, że „rozejdzie się”, jak to było w przypadku Gruzji w 2008 roku. Wiele jednak wskazuje na to, że tym razem koszty będą dla Rosji wysokie.

Swoją drogą, troska rosyjskich władz o prawa Rosjan na Krymie z pewnością wzbudza zazdrość wielu rodaków w kraju, którzy uważają, że ich prawa nie są im w wystarczającym stopniu zagwarantowane. Chociażby przez fakt zignorowania ich opinii wyrażonej w sondażu WCIOM (Wszechrosyjskie Cenrum Badania Opinii Publicznej), w którym 73 proc. badanych wypowiedziało się przeciwko wtrącaniu się w sprawy ukraińskie.

W grudniu 2013 r. Władimir Putin podpisał ustawę wprowadzającą kary za wezwania do separatyzmu. W kontekście rosyjskich działań i przygotowanej przez rosyjską Dumę ustawy o aneksji „nowych podmiotów” to doprawdy niepokojący brak konsekwencji.

Myślę, że niejeden dałby dziś „milion dolarów za głowę Putina”, a konkretnie za to, by dowiedzieć się, jakimi pobudkami kieruje się rosyjski prezydent i jakie szanse w konfrontacji z nimi ma zdrowy rozsądek.

Justyna Prus-Wojciechowska – publicystka specjalizująca się w tematyce rosyjskiej, korespondentka „Rzeczpospolitej” w Moskwie w latach 2009–2010. Współpracowniczka „Polityki”, pracuje w Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj