Rosyjskie media o referendum na Krymie
Rosja – 96, Ukraina – 9. Szef komisji wyborczej odczytuje wyniki pseudoplebiscytu jak komentator meczu piłki nożnej. „Szczęśliwy Krym, szczęśliwy Sewastopol, szczęśliwa Rosja” – komentują eksperci.
Polityka

„Nie cieszą się tylko moskiewscy banderowcy” – pisze na blogu zamieszczonym na portalu „Echa Moskwy” imperialista Witalij Tretjakow, który w końcu, po latach niedosytu, może się poczuć „na fali”. Jeszcze kilka lat temu uchodził za postać nieco ekscentryczną, dzisiaj, gdy polityczna poprawność nie jest już potrzebna, tacy jak on nadają ton.

Moskiewscy „banderowcy” to oczywiście ci, którzy nie chcą Krymu z powrotem i optują za pozostawieniem go w rękach krwawego faszystowskiego reżimu. Wszyscy oni, jak można się dowiedzieć z telewizji, „działają pod flagą czarno-czerwoną”, do pary z ekstremistą z Prawego Sektora Jaroszem, grożącym, iż wysadzi w powietrze rosyjskie rurociągi na Ukrainie.

„W końcu odkupiliśmy swoje winy wobec niewielkiej części tych, których w 1991 roku rzuciliśmy na pastwę losu” – wzdycha z patriotyczną dumą Tretjakow. „Ale niech radość nie pozwoli nam zapomnieć o tym, co dzieje się na Ukrainie i przygotowuje na Zachodzie” – przestrzega. Taktyczny sukces nie powinien uśpić rewolucyjnej czujności.

Tzw. obserwatorzy

Media oficjalne w Rosji szeroko cytują „szefa międzynarodowej misji obserwacyjnej” Mateusza Piskorskiego. I tylko Władimir Kara-Murza, „moskiewski banderowiec” z „Echa Moskwy”, zauważa: „Nikt nie uznał za stosowne poinformować, że »szef misji obserwatorów międzynarodowych Mateusz Piskorski« to znany polski faszysta i antysemita, jawny wyznawca narodowego socjalizmu, człowiek negujący Holocaust”.

„Tak wygląda walka z faszystami na Ukrainie” – ironizuje publicysta i dodaje: „Jest w tym coś freudowskiego – zalewać »wrogi« Zachód propagandą z ekranów, ale przy tym pragnąć jego akceptacji, imitując obecność »obserwatorów europejskich«”.

Od tzw. obserwatorów odcięły się Polska i UE. Żadnej misji zachodniej na Krymie nie ma, przede wszystkim dlatego, że wszelkie próby dotarcia tam zostały zablokowane przez „oddziały samoobrony”, czyli rosyjskich przebierańców, zwanych również „zielonymi ludkami”.

Dzisiaj „zachodni obserwatorzy” radośnie donoszą z ekranu: „Na ulicach nie widać żadnych żołnierzy” (choć akurat tego nie potwierdzają polscy dziennikarze). Wszystko jest w porządku, cały Sewastopol w rosyjskich flagach, w Symferopolu świąteczny koncert i „Dawaj za” grupy Lube.

Dom, czyli Rosja

„Wracamy do domu” – mówią ze łzami w oczach mieszkańcy tych miejscowości na Krymie, wychodząc z lokali wyborczych po oddaniu głosu „na Rosję”. Rzeczywiście, na półwyspie większość mają etniczni Rosjanie. Jednak – oczywiście abstrahując od nielegalności tzw. referendum jako takiego – nawet przy założeniu, że wszyscy zagłosowali za połączeniem z Rosją, to maksymalnie sześćdziesiąt kilka procent. Na Krymie są jeszcze Ukraińcy i Tatarzy. Ukraińcy, nawet jeśli uwierzyli w nadchodzącą od strony Kijowa banderowską zarazę, na pewno nie byli tak jednoznaczni w swoich wyborach. Nie mówiąc już o Tatarach Krymskich, którzy w rosyjskiej telewizji tłumnie poszli do urn, a według informacji polskich mediów – wybory zbojkotowali. Tzw. referendum krymskie jest więc nie tylko nielegalne w świetle prawa międzynarodowego i ukraińskiej konstytucji, ale także zafałszowane.

„Moskowskij Komsomolec” przyznaje, że z Tatarami jednak jest problem. W tekście „Krym rozwodzi się z Ukrainą” autorka śmieje się z zachodniej propagandy o „referendum pod lufami karabinów”, gdy tymczasem ona nie widziała ani jednej lufy! Z artykułu możemy się jednak dowiedzieć, że największy problem był z dzielnicami tatarskimi, gdzie blokowano i bojkotowano działania związane z plebiscytem. Ale, uspokaja autorka, niektórzy Tatarzy jednak zagłosowali, np. opozycyjny wobec Medżlisu Waswi Abduraimow i to z całą swoją rodziną.

Moskiewska dziennikarka Radia Swoboda bez problemu zagłosowała w referendum. Co tylko potwierdza wieść gminną, że głos do urny mógł wrzucić każdy z rosyjską „propiską”, czyli meldunkiem. Cóż, wredny Kijów sam jest sobie winny, że zablokował listy wyborcze i nie przekazał ich samozwańczym władzom Krymu.

Nawet Aleksander Łukaszenko podczas ostatnich wyborów „narysował” sobie niecałe 80 proc. – przypomina Kara-Murza. Za to gdy Władimir Putin dwa lata temu po raz trzeci starał się o prezydenturę, w Czeczenii zdobył 99,8 proc. Tendencyjny „moskiewski banderowiec” przytacza też wynik tzw. referendum w Austrii w 1938 r., gdy 99,37 proc. zagłosowało za przyłączeniem się do Rzeszy.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj