Żakowski pyta o uścisk Schroedera, o sankcje, które zabolą, i o unię energetyczną
Zasady twarde, drzwi otwarte
Musimy pokazywać Putinowi, że prężenie mięśni nie robi na nas zbyt dużego wrażenia, bo wiemy, że jest skazany na współpracę z nami. A jeśli posunie się zbyt daleko, będziemy twardzi – mówi Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Martin Schultz.
Unia Europejska

Martin Schultz.

Jacek Żakowski: Co – jako niemiecki socjaldemokrata – czuł pan, widząc Gerharda Schroedera ściskającego się z Władimirem Putinem, gdy prorosyjscy terroryści ze Słowiańska przetrzymywali w piwnicy porwanych obserwatorów OBWE, w tym czterech niemieckich oficerów?
Martin Schulz:
Nie mogę komentować prywatnych podróży byłych szefów rządu.

To jest pana partyjny kolega i były szef pańskiej partii.
Ale dziś, jeżdżąc do Rosji, reprezentuje tylko samego siebie.

Tylko siebie?
Schroeder to mój przyjaciel. Cenię go jako kanclerza. Jako członek władz SPD popierałem jego reformy, które dały Niemcom duży sukces. Ale nie mam obowiązku komentowania, tłumaczenia ani popierania wszystkiego, co dziś robi.

Czy ściskając się teraz z Putinem, były kanclerz Niemiec rzeczywiście reprezentuje tylko samego siebie, czy także sentyment jakiejś części Niemców lub niemieckich elit?
Niemcy i niemieccy politycy są tak samo jak Polacy zaniepokojeni tym, co dzieje się na Ukrainie. Jako przedstawiciel instytucji europejskiej uważam tę sytuację za bardzo poważną. Moje stanowisko jest tu jednoznaczne. Podobnie jak stanowisko Unii i Niemiec.

Stanowisko Unii jest jednoznaczne, ale nie jednorodne. Austria właśnie zapowiedziała budowę nowego gazociągu z Gazpromem. Szefowie wielkich europejskich firm ostentacyjnie spotykają się z Władimirem Putinem. Co to znaczy?
To znaczy, że nie istnieje Unia Europejska jako państwo federalne. Istnieje tylko związek suwerennych państw. Różne suwerenne państwa mają różne taktyki. To nie jest nowy problem w Unii. Ale w Parlamencie Europejskim ogromna większość ocenia sytuację jako bardzo poważną. To oddaje nastroje obywateli państw Unii, którzy powszechnie są bardzo zaniepokojeni. Podobnie jak ja.

Czym pan jest zaniepokojony?
Po pierwsze tym, że rząd Rosji, która ma prawo weta w Radzie Bezpieczeństwa i często go używa, tłumacząc, że jakaś propozycja jest sprzeczna z zasadami współżycia międzynarodowego, teraz w sposób brutalny łamie prawo międzynarodowe. To dla Unii Europejskiej jest nie do zaakceptowania. Po drugie tym, że jako Unia Europejska musimy zrobić, co w naszej mocy, żeby ludzie w Kijowie mieli wsparcie...

...nasze?
Wsparcie Unii Europejskiej w utrzymaniu integralności państwa oraz w opanowaniu społecznych i lokalnych napięć – także z naszą finansową pomocą – by zagwarantować możliwość przeprowadzenia wolnych oraz uczciwych wyborów prezydenckich. Bo nowo wybrany prezydent, posiadający świeży mandat i silną legitymację, może być wiarygodnym rozmówcą dla Unii, Ameryki i Rosji. Do 25 maja najważniejsze jest wsparcie dla wyborów i wszystkich rozsądnych sił na Ukrainie. Po stronie ukraińskiej i po stronie rosyjskiej. Premier Poroszenko, którego wielokrotnie spotkałem, wydaje mi się człowiekiem rozsądnym, zdolnym do przeprowadzenia kraju przez ten proces.

Naprawdę pan wierzy, że za trzy tygodnie ludzie w Donbasie i w Słowiańsku będą mogli swobodnie dokonać wyboru i głosować w kompletnie wolny sposób?
Nie twierdzę, że to się uda. Uważam tylko, że Unia musi zrobić wszystko, co w jej mocy, żeby się udało. To znaczy, że musimy też rozmawiać o tym z Rosjanami i angażować ich możliwości wpływu po właściwej stronie. Mam nadzieję, że są dość rozsądni, by wiedzieć, że wyłoniony w wolnych i uczciwych wyborach prezydent, ktokolwiek nim będzie, także dla nich stanie się rozmówcą, który ułatwi wycofanie się z prowokacyjnych działań.

Co ta sytuacja mówi nam o stanie „europejskiego marzenia”, że odwołam się do pojęcia Jeremy Rifkina, którego książkę pan ceni? Częścią tego marzenia była przecież wizja Rosji, która wcześniej czy później jakoś do Unii dołącza. I co teraz?
Kilka tygodni temu drugi raz przeczytałem „Lunatyków” Cristophera Clarka. Pewnie od 20 lat żadna książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak opowieść Clarka o staczaniu się Europy ku I wojnie światowej. To jest lekcja historii, której naprawdę się boję.

Czego się pan boi?
Musi pan tę książkę przeczytać. Clark analizuje sposób myślenia cara, cesarzy Niemiec i Austrii, brytyjskiego premiera, prezydenta Francji. I dużymi literami podsumowuje, co w którym kraju myślano. Każdy miał swoje interesy i myślał o nich bardzo egoistycznie w duchu licznych podejrzeń wobec intencji innych. Wszyscy przypuszczali, że inni chcą działać na ich szkodę. Wszyscy chcieli się tylko zabezpieczyć przed złymi intencjami innych.

Aż wir podejrzeń wciągnął wszystkich w wojnę.
Jakiej nikt nie chciał. Niektórzy chcieli małej lokalnej wojny albo krótkiej wojny prewencyjnej. Rosjanie chcieli zablokować Niemców, Niemcy chcieli, żeby Austriacy zrobili porządek z Serbami, Austriacy chcieli tylko ukarać Serbów, bo byli przekonani, że kiedy mają poparcie Niemców, to Rosjanie nigdy ich nie zaatakują... Wszyscy szli ślepo w ogień wojny. Dlatego Clark uważa, że byli lunatykami.

Jak my?
My nie jesteśmy na progu III wojny światowej. Ale musimy postępować rozumnie.

Czyli?
Musimy mówić Rosjanom otwarcie: „jesteście członkiem Rady Bezpieczeństwa i macie obowiązek stać na straży międzynarodowego pokoju. A postępujecie przeciwnie. Destabilizujecie region”. Ale – jeśli Barack Obama miał rację, mówiąc w Brukseli, że wciąż jeszcze jest miejsce na dyplomację – powinniśmy pamiętać, że rozwiązania dyplomatyczne muszą się zawsze zaczynać od analizy wspólnych interesów. Jeżeli mamy z Rosją wspólne interesy, to będzie ona gotowa do zredukowania napięcia. Musimy iść dwiema drogami. Musimy mieć twarde zasady i otwarte drzwi dla wspólnych interesów.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj