Kreml robi porządek z oligarchą. Będą następni?
Drugi Chodorkowski
Władimir Jewtuszenkow – bliski Kremla magnat naftowy – został objęty aresztem domowym. Rosyjscy śledczy zarzucają mu pranie brudnych pieniędzy. Rosyjskie gazety już ochrzciły biznesmena drugim Chodorkowskim. Wiele wskazuje na to, że nie ostatnim.
Sprawa Jewtuszenkowa „budzi zaniepokojenie, że inni apolityczni, a nawet bliscy Kremlowi miliarderzy mogą być zmuszeni do rozstania się ze swoimi aktywami w równie agresywny sposób”.
Alex F/Flickr CC by 2.0

Sprawa Jewtuszenkowa „budzi zaniepokojenie, że inni apolityczni, a nawet bliscy Kremlowi miliarderzy mogą być zmuszeni do rozstania się ze swoimi aktywami w równie agresywny sposób”.

Władimir Jewtuszenkow
Dyor/Wikipedia

Władimir Jewtuszenkow

Porównanie do byłego szefa Jukosu jest banalne, ale nasuwa się samo – rosyjski system władzy nie jest zbyt innowacyjny i lubi sięgać po sprawdzone schematy. Z przykrością obserwujemy to i w sposobie prowadzenia polityki zagranicznej, i w rosyjskich mediach państwowych, które dzisiaj prześcigają „najlepsze” wzorce z czasów sowieckiej propagandy.

Jewtuszenkow, piętnastka na liście „Forbesa”, wyceniany na 9 mld dolarów, to jeden z nielicznych w rosyjskim biznesie energetycznym wielkich „prywaciarzy”. Główny akcjonariusz holdingu AFK Sistiema, do którego należy m.in. koncern Basznieft, do niedawna był pupilem Kremla, analityków gospodarczych i inwestorów. Na tle państwowych molochów jego biznes był wzorem efektywności i zyskowności. Ale paradoksalnie to właśnie świetne wyniki koncernu ściągnęły kłopoty na głowę Jewtuszenkowa.

Prokuratura zarzuca mu, że kupując wcześniej nielegalnie sprywatyzowaną firmę, dopuścił się prania brudnych pieniędzy. AFK Sistiema nabyła Basznieft od firm związanych z Uralem Rachimowem – to właśnie on, dzięki protekcji ojca, byłego prezydenta Baszkirii, miał wcześniej dokonać nieuczciwej prywatyzacji. Firma Jewtuszenkowa broni się, że sama transakcja zakupu była legalna i zarzuty pod jej adresem są bezpodstawne.

Według znawców rosyjskiej polityki za atakiem na Jewtuszenkowa stoi Igor Sieczyn, szef państwowego giganta naftowego Rosnieftu, najbliższy człowiek prezydenta Władimira Putina. Do zakupu Basznieftu miał się przymierzać jeszcze w ubiegłym roku, ale Jewtuszenkow odprawił go z kwitkiem. Po co Sieczynowi kolejny kawał naftowego tortu (wcześniej Rosnieft wchłonął m.in. pozostałości po Jukosie i TNK-BP)?

„To przecież ten sam Igor Iwanowicz, który przez 11 lat nie zmądrzał, a może nawet stał się bardziej chciwy” – powiedział „Financial Timesowi” Chodorkowski, który twierdzi, że to właśnie prezes Rosnieftu, dawniej wiceszef kremlowskiej administracji, uszył mu dwie sprawy karne, by później przejąć przeceniony majątek Jukosu.

Zdaniem Władimira Miłowa, byłego wiceministra energetyki, Sieczyn jest opętany przez wizję „gromadzenia utraconego”, czyli ponownej konsolidacji rosyjskiego sektora naftowego – rozproszonego po upadku ZSRS – w rękach państwa. „Wygląda na to, że ekspansja to nie tylko sens istnienia Igora Sieczyna, ale i sam w sobie cel strategii biznesowej kierowanego przezeń Rosnieftu” – ocenia Miłow na łamach rosyjskiego „Forbesa”. Innymi słowy – Sieczyn to taki Władimir Putin, tylko energetyczny.

Tyle jeśli chodzi o aspekt filozoficzny. Praktyczny cel Sieczyna jest o wiele bardziej przyziemny. Państwowy Rosnieft jest duży, nieefektywny i zadłużony – przejęcie nowej firmy przynoszącej zyski i mającej dostęp do nowych złóż w krótkim okresie pozwoli mu odetchnąć. Zwłaszcza w ciężkich czasach, gdy gospodarka zwalnia, ceny ropy spadają, a z powodu sankcji utrudniony jest dostęp do kredytowania. Aresztowanie właściciela to skuteczna metoda na obniżenie ceny jego biznesu. W ciągu doby AFK straciła 40 proc. wartości, poleciały akcje Basznieftu i innych aktywów. Sam Jewtuszenkow zbiedniał w tym czasie o 2,5 mld dolarów.

Po aresztowaniu biznesmena Rosnieft szybko odciął się od pogłosek o zakusach na Basznieft. – Żadnych rozmów nie prowadziliśmy – oświadczył rzecznik koncernu Michaił Leontiew. Z kolei prasowiec prezydenta Dmitrij Pieskow stwierdził, że wszelkie porównania do sprawy Jukosu są „bezpodstawne i niestosowne”, a sytuacja nie ma nic wspólnego z polityką.

Dzisiaj zamknięty w swojej posiadłości w podmoskiewskiej Rublowce biznesmen ma przed sobą dwa scenariusze. Pierwszy to ten, który spotkał medialnego magnata Władimira Gusińskiego po przegranej wojnie z Kremlem – posiadane aktywa grzecznie oddać, spakować walizki i wyjechać, być może nawet otrzymując sowitą rekompensatę. Drugi jest gorszy. Tak przynajmniej twierdzi w rozmowie z dziennikiem „Wiedomosti” Michaił Chodorkowski, który po spędzeniu 10 lat w kolonii karnej, jakoby za „przestępstwa podatkowe”, raczej wie, co mówi. Jeśli Jewtuszenkow nie odda Basznieftu, może podzielić los byłego oligarchy numer jeden.

W odróżnieniu od Chodorkowskiego Jewtuszenkow nie wyrywał się do polityki i działalności publicznej, jeśli nie liczyć dofinansowywania baszkirskiego budżetu i pomocy chorym dzieciom. Był lojalny wobec Putina i cieszył się jego zaufaniem. Aż do momentu, kiedy nagle okazało się, że – mimo usilnych starań – prezydent nie chce przyjąć go na audiencję.

Miłow twierdzi, że Jewtuszenkow podpadł podwójnie. Nie tylko odmówił sprzedaży Basznieftu, ale też przygotowywał się do wprowadzenia swojej firmy na londyńską giełdę, co miało ją chronić przed wrogim przejęciem. Ta samowola spotkała się z zasłużoną karą.

Nie najlepszy to moment na atakowanie prywatnego biznesu – giełda ma się kiepsko, kapitał zagraniczny ucieka, klimat inwestycyjny jest najgorszy od końcówki lat 90. Dla zagranicznych inwestorów, którzy jeszcze do tej pory nie pozbyli się złudzeń, sprawa Basznieftu będzie mocnym argumentem na trzymanie się od Rosji z daleka. Dla rodzimych oligarchów – przestrogą, że państwo, jeśli uzna to za stosowne, może sięgnąć po ich prywatne imperia. „To początek nowego porządku” – pisze „Financial Times”. Sprawa Jewtuszenkowa „budzi zaniepokojenie, że inni apolityczni, a nawet bliscy Kremlowi miliarderzy mogą być zmuszeni do rozstania się ze swoimi aktywami w równie agresywny sposób”.

Gdy 11 lat temu zaczynała się sprawa Jukosu, główną „winę” Chodorkowskiego upatrywano w jego politycznych ambicjach i próbie „przewrotu” w Rosji. Zachęcony sukcesami modernizacji własnej firmy, chciał unowocześniać całe państwo – walczyć z korupcją, demokratyzować. Przegrał, a inni biznesmeni dobrze odczytali komunikat Kremla: mają się trzymać z dala od polityki.

Sprawa Jewtuszenkowa pokazuje, że jest jeszcze druga zasada. Wielkie imperia to własność państwa, a zaufani biznesmeni tylko je dzierżawią. Co Kreml dał, może odebrać, kiedy uzna to za stosowne. Jedno jest pewne – w Rosji, gdzie oligarchów się nie lubi, nikt nie będzie po nich płakać.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj