Za swój prorosyjski kurs Węgry zapłacą wysoką cenę
Jazda na gapę
Władimir Putin zawsze dotrzymuje danego słowa. Dla Viktora Orbána to wystarczający powód, by wciąż robić interesy z Rosją.
Prezydent Rosji Władimir Putin oraz premier Węgier Viktor Orbán w Budapeszcie, 17 lutego 2015.
Magyarország Kormánya/Facebook

Prezydent Rosji Władimir Putin oraz premier Węgier Viktor Orbán w Budapeszcie, 17 lutego 2015.

Według Viktora Orbána próba wznoszenia jakiejkolwiek ściany między Unią Europejską a wielkim sąsiadem ze wschodu jest szkodliwą iluzją. Takie pomysły zgłaszają jacyś niepoważni idealiści, którzy nie rozumieją, że np. bez rosyjskiego gazu ziemnego i ropy naftowej europejska gospodarka utraci swoją konkurencyjność.

Tymczasem putinowska Rosja pozostaje godnym zaufania partnerem. Kto nie wierzy, niech patrzy na współczesne Węgry. One w kontaktach z obecnym gospodarzem moskiewskiego Kremla jeszcze się nie sparzyły.

Zaufanie, jakim węgierski premier darzy Rosję, będzie można niedługo wycenić. Oba państwa są po słowie w sprawie rozbudowy węgierskiej elektrowni atomowej i kończą negocjowanie zasad nowego kontraktu gazowego. Dotychczasowy, podpisany w 1996 r. i wygasający z końcem roku, jest uciążliwy dla Węgier. Muszą płacić za cały dostarczony gaz, także za tę część surowca, której nie zdołają spalić. Widzicie, co podpisują socjaliści, mówi Orbán i obiecuje, że kolejna umowa będzie znacznie bardziej korzystna.

Zwykli Węgrzy zapłacą niskie rachunki za gotowanie na gazie i ogrzewanie, nie przepłaci również węgierski przemysł. Będzie tanio i bezpiecznie dzięki sztamie z Władimirem Władimirowiczem. Stojąc obok Orbána, dawał on do zrozumienia, że obie strony czeka negocjacyjny spacerek, bo Gazpromowi odpowiadają węgierskie dezyderaty co do kształtu nowego porozumienia.

Ale prorosyjski kurs będzie miał cenę, której nie da się wyznaczyć w forintach i rublach. Unijni przywódcy zgodzili się skazać przywódców Rosji na ostracyzm, przynajmniej dopóki Rosjanie nie przestaną cynicznie podsycać konfliktu na Ukrainie. Jednak zakochany w piłce nożnej Orbán od początku swoich rządów powtarza, że gra w unijnej drużynie do momentu, gdy zaczynają cierpieć interesy jego rodaków. Teraz te są narażane na szwank przez skutki unijnych sankcji i rosyjskiego embarga, czego Orbán nie może ścierpieć. Dlatego wyłamuje się z europejskiego szeregu.

Wykorzystuje też sytuację. Zwłaszcza to, że Putin szuka sojuszników z Unii Europejskiej i NATO. Ma także słabszą pozycję negocjacyjną ze względu na kłopoty gospodarcze i taniejące surowce naftowe. Okoliczności sprzyjają Orbánowi i zrobił to, na co wielu przywódców miałoby ochotę, ale brakuje im odwagi bądź sprytu: rozkoszuje się jazdą na gapę.

Choć w Budapeszcie Putin wbił klin w unijną solidarność, zarówno gość, jak i gospodarz przekonywali, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Niedawno Orbán odwiedził Moskwę, teraz Putin przyjechał z rewizytą. Chodzi nie o demonstracje polityczne, ale wyłącznie o to, co w żargonie dyplomatycznym nazywa się wizytą roboczą, podpisywanie umów, np. o otwarciu węgierskiego konsulatu generalnego w Kazaniu, współpracę ministerstw zdrowia itd. Stąd przyjazd Putina do Budapesztu w rocznicę jego wyzwolenia, złożenie wieńca pod sąsiadującym z amerykańską ambasadą pomnikiem sowieckich żołnierzy, którzy zdobywali miasto w 1945 r. i pacyfikowali je 9 lat później – to wszystko miało pokazać, że Węgrzy na czele z Orbánem, domagającym się kiedyś wyrzucenia armii czerwonej z kraju, nie pozwalają, by w kontaktach z Rosjanami ponosiły ich resentymenty i niepotrzebne emocje.

Podobna jazda na gapę to zbójeckie prawo rządu każdego państwa członkowskiego Unii. Rolę kontrolera biletów odgrywają obywatele, ale dopiero przy urnie wyborczej, zresztą Węgrzy już pozwolili Viktorowi Orbánowi na drugą z rzędu kadencję. Unia wobec gapowicza jest bezsilna, bo jej szlachetny, choć defensywny z natury idealizm, tak jak rozgadanie i niedecyzyjność, słabo wypadają w konfrontacji z walącymi w stół samicami i samcami alfa. 

Grający w drużynie mogą się pocieszać, że zapędy polityków, którzy nie kupują biletu i decydują się korzystać ze zbójeckich lub wilczych praw, hamuje pewna prawidłowość. W przeciwieństwie do wspólnot opartych na zaufaniu – w bandach i watahach liczą się jedynie najsilniejsi. I na końcu, gdy przyjdzie co do czego, to interesy najsilniejszych muszą być na wierzchu.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj