Na froncie cisza, w Kijowie porządki
Czy będzie drugi front?
Kiedy na wschodzie Ukrainy umilkły działa, przyszedł czas na zajęcie się sprawami równie ważnymi co wojna.
Jolanda Flubacher/World Economic Forum/Flickr CC by 2.0

Ihor Kołomojski, gubernator obwodu dniepropietrowskiego, złożył właśnie dymisję z pełnionego urzędu szefa administracji, a prezydent Petro Poroszenko jego rezygnację przyjął. To początek rozgrywki z systemem oligarchicznym czy jedynie konflikt z oligarchą Kolomojskim, jednym z najpotężniejszych i najinteligentniejszych ukraińskich możnowładców?

Na wojnę nie czas i Poroszenko zapewne to wie: otwarcie drugiego wewnętrznego frontu mogłoby się źle skończyć. Nie da się toczyć wojny z najeźdźcą, separatystami i przysparzać sobie wrogów wewnątrz kraju. Ale władza nie może być słaba i uległa i od czasu do czasu musi pokazać, kto jest u sterów. Tak chyba wygląda sprawa z Kołomojskim: przekonany o swojej sile i wielkości przeszarżował, więc Poroszenko musiał zareagować.

Konflikt wisiał w powietrzu od chwili, gdy ukraiński parlament wprowadził zmiany w prawie o spółkach akcyjnych. Miały na celu przywrócenie państwu władztwa i korzyści z działalności firm, gdzie skarb państwa miał większościowe udziały. Takimi firmami są państwowe Ukrtransnafta i Ukrnafta, zajmujące się wydobyciem ropy, produkcją paliw i gazu oraz transportem produktów naftowych. Jednak – choć państwo miało w nich pakiet większościowy – firmy kontrolował niepodzielnie Kołomojski. Cały zysk szedł do jego kieszeni, to on zgarniał dywidendę i nie zamierzał się dzielić z pozostałymi udziałowcami. Miał też kontrolę nad zgromadzeniem akcjonariuszy, jego zwoływaniem i decyzjami.

Nowe prawo godziło w jego interesy finansowe. Oligarcha polecił więc swoim „siłom zbrojnym” zajęcie biur obu firm, a nawet stanął na czele wyprawy na Ukrnaftę w minioną niedzielę. Na co liczył? Trudno powiedzieć, bo raczej nie sądził, że zawładnie obydwoma firmami i przywróci na stanowisko odwołanego prezesa jednej z nich – swojego człowieka nota bene.

Taki głupi nie jest, musiał zadać sobie pytanie, co dalej. To pytanie bez odpowiedzi, a Kołomojskiemu wystarcza rozumu, żeby to wiedzieć. Jego zajazd można wyjaśnić tylko chęcią wydobycia z firm dokumentacji, wyczyszczenia gabinetów i komputerów z kompromitujących papierów. Tylko taka gra warta była podjętego ryzyka. Nie mógł się spodziewać, że Poroszenko pogłaszcze go po głowie. Nawet jego, z takimi niepodważalnymi zasługami dla Ukrainy.

Kołomojski stał się popularnym i pozytywnym bohaterem, kiedy wrócił do kraju z Genewy, gdzie niemal stale mieszkał, i poparł nowe ukraińskie władze. Zrobił to skutecznie i znacząco: to on wyposażył wojskowe ciężarówki w opony, kupił akumulatory do czołgów i opłacił paliwo, żeby mogły wyruszyć z koszar do walki z separatystami. Bez Kołomojskiego reakcja władz na separatystyczną rewoltę w Donbasie nastąpiłaby nie wiadomo kiedy.

To Kolomojski sfinansował i nadal wspiera cztery ochotnicze (początkowo) bataliony: Dnipro 1, Dnipro 2, Azow i Donbas. To on rozprawił się skutecznie z separatystami w Dniepropietrowsku. Tak skutecznie, że ślad po nich nie pozostał, a w Dniepropietrowsku powiewały wyłącznie ukraińskie flagi i żadnej rosyjskiej nie uświadczy się nawet z lupą. Wreszcie to on popędził separatystów z Odessy i Charkowa.

Gdyby nie Kołomojski, taka jest prawda niewygodna dla władzy, separatyści mogli być dużo dalej, a Dniepropietrowsk mógł się znaleźć w ich rękach. O roli tego miasta dla ukraińskiej gospodarki warto pamiętać, bo jest ogromna. Sceptycy od dawna powtarzali, że nie robi tego bezinteresownie, że sięgnie po swoje, bo tak zawsze postępował i trudno oczekiwać, że się zmienił z racji nagłego przypływu uczuć patriotycznych.

Musiał to również wiedzieć Poroszenko, bo zna hierarchię wartości oligarchów jak mało kto. Ale obsadził Kołomojskiegio w fotelu gubernatora obwodu, i to był jego najlepszy wybór. Kołomojski jest ponadto właścicielem grupy finansowej Prywat, największej grupy bankowej na Ukrainie, działającej od zachodu po wschód, z Donbasem włącznie. Należy do niego także popularna telewizja 1+1. W parlamencie ma swoich ludzi, bo wspierał finansowo i Samopomoc Andrija Sadowego, i Radykałów Ołecha Laszkę, i pewnie jeszcze innych. To ukraińska normalka.

Czy Kołomojski zwróci się teraz przeciwko prezydentowi, wolnej Ukrainie, czy zacznie sprzyjać separatystom? Pewnie mógłby powołać własną republikę ludową, ogłosić się szefem i udawać równego Poroszence. Nie sądzę jednak, że tak zrobi. Przełknie pewnie to niepowodzenie, bo zbyt dużo ma do stracenia. A i władzę wielką, bo to jego banki wspierają ukraińską gospodarkę.

Pewnie porozumie się z Poroszenką, bo w Kijowie mówi się, że rozmawiają codziennie. Tymczasem jednak prezydent wysłał jasny sygnał, że znać swoje miejsce musi każdy. Zapewne spodoba się to zachodnim instytucja finansowym, oczekującym od Kijowa reform systemowych.

Kiedy na froncie zrobiło się ciszej, czas się zająć wypełnianiem obietnic – uważają jedni. Ale jest też mniej optymistyczne wyjaśnienie: sytuacja ekonomiczna kraju jest tak zła, standard życia tak się obniżył, i będzie z pewnością jeszcze trudniej, że władza chce odwrócić uwagę obywateli od codziennych niewygód. Chce pokazać, że działa i jest czujna.

Tak to trochę wygląda, gdy dziś na posiedzeniu rządu, na oczach telewizyjnych kamer, wyprowadzono w kajdankach dwóch wysokich urzędników rządowych Arsenija Jaceniuka: szefa Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Serhija Boczkowskiego i jego zastępcę Wasyla Stojeckiego.

Premier ogłosił, że rząd zdecydował ponadto o zwolnieniu szefów wszystkich obwodowych delegatur służby ds. sytuacji nadzwyczajnych, podejrzewając ich o korupcję. Minister i jego zastępca podejrzani są o przekręty na paliwie, które odsprzedawali drożej własnemu resortowi, a zarobione pieniądze lokowali w cypryjskich bankach. Wierzyć się nie chce, ale właśnie tak.

W Kijowie mówi się, że stara władza miała czas na zbijanie fortuny, a nowa musi się spieszyć, żeby zdążyć się obłowić na resztę życia. Władza jednak pokazuje obywatelom, że walczy z korupcją całkiem serio, akcja zatrzymania ministrów odbyła się w iście gruzińskim stylu: w ten sam sposób zwalczał korupcję w swojej ekipie prezydent Micheil Saakaszwili. Metoda okazała się skuteczna, korupcja w Gruzji po rewolucji róż znacznie zmalała.

Pewnie dlatego ukraiński premier zaprosił do rządu Gruzinów, powierzył im stanowiska ministerialne: Aleksandr Kwitaszwili został ministrem zdrowia, resortu skorumpowanego na wskroś, Jaceniuk umieścił ich ponadto w resorcie sprawiedliwości i milicji. Zastępcą prokuratora generalnego Ukrainy mianowano Dawita Sakwarelidzego, Gruzina, który taką funkcję pełnił poprzednio w Tbilisi, reformując resort. Wiceministrem sprawiedliwości jest Gia Gecadze, w Gruzji był wiceszefem tego samego ministerstwa. Gruzini kontrolują też Państwową Służbę Rejestracyjną. Jej szefem jest były minister sprawiedliwości Gruzji Dżaba Ebanoidze, a zastępcą Giorgi Ciklauri (PSR łączy funkcje polskich urzędów stanu cywilnego z Krajowym Rejestrem Sądowym). Gruzini mają tę służbę zreformować, jak to przeprowadzili w swoim kraju. Zmianami w MSW kieruje wiceszefowa resortu Eka Zguladze. Nad ich pracami czuwa sam Saakaszwili, kierując grupą doradców międzynarodowych przy prezydencie.

Jeśli gruziński system sprawdzi się w Kijowie, władza będzie mogła powiedzieć społeczeństwu o swym sukcesie. Jeśli nie, rząd nie przetrwa jesieni – mówią w Kijowie.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj