Czym jest Lwów dla Ukrainy, czym dla Polski, czym dla Zachodu?
Mój Lwów
Lwów z lotu ptaka
faltar/Flickr CC by 2.0

Lwów z lotu ptaka

Okładka aktualnego wydania dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”
materiały prasowe

Okładka aktualnego wydania dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”

Podobno inspiracją dla Andrija Sadowego i jego wymarzonego euro-Lwowa jest Kraków z jego knajpianym życiem, i faktycznie: Lwów wygląda jak hiper-Kraków. Knajpa kipi na knajpie, wiosną i latem przejść trudno między stolikami wystawionymi na ulice, kawiarnianymi ogródkami, z których wylewają się goście. Knajpy te nabierają sznytu i smaku, choć jeszcze niedawno ta „europejskość” była mocno toporna: bezpretensjonalnych lokali było we Lwowie zaledwie kilka, reszta miała w sobie albo mocny posmak poradzieckiej pozłacanej tandety, albo była poradziecka wprost. Teraz z klasą i jakością jest lepiej, choć touch poradzieckiego, nazwijmy to: podejścia biznesowego, jest nadal mocny: większość najbardziej znanych lokali należy do raptem kilku firm, które podzieliły je między siebie i są to wielkie biznesowe projekty mające napędzić swoją formułą stada klientów.

Jest więc we Lwowie knajpa żydowska, w której rachunek można targować, jest knajpa utrzymana w klimacie drohobyckiej gorączki naftowej, była knajpa inspirowana działalnością Leopolda von Sacher-Masocha i tak dalej. Jest też, wiadomo, słynna Kryjiwka, knajpa o wystroju ziemianki UPA, do której walą tłumnie wszyscy etniczni wrogowie banderowców, czyli bawiący we Lwowie Polacy, Moskale i „zmoskalszczeni” Ukraińcy ze wschodu, ryczą „sława Ukrainie” przy wejściu, wypijają kieliszek polewany przez odźwiernego przebranego w upowski szynel, a potem opowiadają w swoich Charkowach i Krakowach, o tym, w jakiej to byli hardcore’owej paszczy lwa. Lwów stał się więc czymś w rodzaju knajpianego Disneylandu. Knajpy te nie są więc bezpretensjonalnymi biznesikami, o jakich śnią europejscy hipsterzy w poszukiwaniu wymarzonego sposobu na życie: ot, kilka stolików, wino, piwko – wieczorem, w dzień – kawa i ciastko, grupka przyjaciół i przygodnych podróżników przy barze, tylko wielką fabryką kasy.

Dla reszty Ukrainy Lwów jest czymś w rodzaju Europy pokazowej: przyjeżdża się tam pochodzić po starych uliczkach niczym po parku tematycznym „Europa”, a park ten, notabene, daleki jest nadal od tej jakości, jaką miał, gdy go w czasach habsburskich rozbudowywano do tego kształtu, który przeszedł do legendy. Widać we Lwowie to samo, co widać w polskich miastach poniemieckich czy w Rumunii w miastach powęgierskich: ludzie, którzy do Lwowa weszli, nie mają pojęcia, w jaki sposób korzystać z tych miejskich urządzeń, które pozostawili im budowniczy. W rezultacie Lwów, nawet tam gdzie jest rewitalizowany i odnawiany, wygląda nuworyszowsko, niezbornie, niezgrabnie. Brak tam koncepcji urbanistycznej mającej styl i klasę. Słowem: Lwów cierpi na to samo, na co cierpi prawie cała Polska.

Są we Lwowie jednak ludzie, którym na mieście zależy. Którzy chcą podtrzymywać jego legendę, wiążą nici łączące miasto z przeszłością. Bo te nici nadal istnieją. Byłem zaskoczony, że gdzieś w odmętach parterowych uliczek przy ulicy Zamarstynowskiej na ulicznych oprychów nadal mówi się „baciary”, a gdy lwowianin lwowianinowi puszczał tam wiązankę, to niekoniecznie spływała ona – jak wszędzie indziej na Ukrainie – rosyjskim matem, ale kojarzyła się często z międzywojennym bałakiem. Zawsze podobało mi się to lwowskie wsuwanie ukraińskości tam, gdzie zupełnie inaczej ona wygląda: w środkowoeuropejskość. Te – spotykane tu i ówdzie tylko we Lwowie – napisy ukraińską łacinką z czesko-słowacką diakrytyką, które odrywają język ukraiński od zdominowanej przez rosyjskość radzieckości i wkładają ją w zachodni kontekst. Lwowskie wpisywanie historii Ukrainy w europejską machinę dziejów.

Tak, Lwów nie jest dla Ukrainy reprezentatywny, a Ukraina nie reprezentuje lwowskich marzeń o niej. Nie dorasta do lwowskich wyobrażeń. Co z tego będzie – zobaczymy. Ale oglądanie tego napięcia pomiędzy Lwowem a resztą kraju jest fascynujące.

*

Ziemowit Szczerek jest pisarzem, reportażystą. Opublikował między innymi: „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” (Kraków 2013), „Rzeczpospolita zwycięska” (Kraków 2013). Stale współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”.

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj