Państwo Islamskie górą, Ameryka płaci za kardynalne błędy popełnione w Iraku
W łeb bierze strategia USA w Iraku, której podstawą miało być wyszkolenie armii rządowej, aby w walce z ISIS nie musiała korzystać z pomocy popieranej przez Iran szyickiej milicji.
U.S. Naval Forces Central Command/U.S. Fifth Fleet/Flickr CC by 2.0

Dopiero co Waszyngton chwalił się sukcesami w wojnie z Państwem Islamskim w Iraku – likwidacją jednego z jego przywódców Abu Sayyefa i odbiciem Tikritu. W wyniku ofensywy wojsk irackich wspieranych przez amerykańskie lotnictwo ISIS jest w odwrocie – mówili rzecznicy Pentagonu.

Tymczasem w niedzielę padło Ramadi, stolica sunnickiej prowincji Anbar, 100 km od Bagdadu. Obserwatorzy są zgodni – to największe dotychczas zwycięstwo Państwa Islamskiego. Zabicie Abu Sayyefa nie ma znaczenia, wodzowie dżihadystów są zastępowalni, natomiast łupem zdobywców Ramadi padła kolejna wielka partia broni świeżo przysłanej z Bagdadu.

W łeb bierze strategia USA w Iraku, której podstawą miało być wyszkolenie armii rządowej, aby w walce z ISIS nie musiała korzystać z pomocy popieranej przez Iran szyickiej milicji. Nowy premier iracki, Haider al-Abadi, na apel sunnitów z Anbar wysłał ją na odsiecz nieudolnym wojskom.

Liczono, że Abadi, bardziej skłonny do współpracy z sunnicką mniejszością niż jego poprzednik Nuri al-Maliki, doprowadzi do przeciągnięcia na stronę rządu lokalnych sunnickich liderów – z których część uważa ISIS za mniejsze zło – i powtórzenia niejako operacji z lat 2006–2007, kiedy sunnici z Anbar skierowali się przeciw działającej tam wtedy irackiej Al-Kaidzie. Wówczas jednak główną siłą walczącą z islamistami było wojsko amerykańskie. Obecnie go nie ma i Amerykanie ograniczają się do bombardowań lotniczych. To najwyraźniej nie wystarcza.

Eksperci militarni i specjaliści od Bliskiego Wschodu przewidywali to już wtedy, gdy w lecie ubiegłego roku amerykańskie lotnictwo włączyło się do działań przeciw ISIS. Ataki z powietrza mają ograniczony zasięg, bo chodzi o minimalizację ofiar wśród cywilów. Obama nie wyśle jednak do Iraku sił lądowych. Nie po to je w całości wycofał w 2011 roku. Możliwe są tylko sporadyczne akcje sił specjalnych przeciw najważniejszym bazom dżihadystów.

Mimo wątpliwej skuteczności nalotów trudno sobie też wyobrazić, by Waszyngton nagle je odwołał. Bez amerykańskiego wsparcia zbrodnicze Państwo Islamskie będzie dalej zwyciężać i poszerzać swoje terytorium, tak jak w Syrii. Chyba że Bagdad jawnie już poprosi o pomoc Iran...

Inaczej mówiąc – i tak źle, i tak niedobrze. Tragedia Iraku, ogarniętego płomieniem wojny religijnej, jak w Syrii, Libii i Jemenie, pogłębia się. Można się było tego spodziewać po decyzji o inwazji w 2003 r. podjętej przez George’a W.Busha i katastrofalnej polityce okupacyjnej, co uruchomiło sekwencję fatalnych wydarzeń. Ameryka płaci za swoje kardynalne błędy.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj