W USA narasta świadomość, że wojna z dżihadyzmem to syzyfowa praca
Deklaracja bezradności
Zdaniem doradcy prezydenta Obamy Ameryka nie jest w stanie nic zrobić w sytuacji, gdy konflikty w świecie arabskim są wynikiem rozpadu sztucznych państw stworzonych przez Zachód po I wojnie światowej.
Flickr CC by 2.0

Rząd prezydenta Obamy odtrąbił wielki sukces w walce z islamskim terroryzmem, kiedy w Syrii, Jemenie i Libii udało się ostatnio zlikwidować trzech przywódców tamtejszych ugrupowań dżihadystycznych.

Eksperci jednak szybko ocenili, że śmierć liderów Państwa Islamskiego (PI) i Al-Kaidy w tych krajach wcale nie osłabiła tych organizacji. Zabitych przywódców zastępują nowi, których amerykańskie służby wywiadowcze nie od razu potrafią zidentyfikować i namierzyć.

Straty szeregowych islamistów rekompensuje rekrutacja nowego narybku. Oddziały PI zasila co miesiąc średnio około tysiąca nowych bojowników – mniej więcej tyle samo, ilu co miesiąc ginie od bombardowań z powietrza prowadzonych przez siły USA i ich sojuszników na Bliskim Wschodzie.

Armia dronów

Dzieje się tak dlatego, że w wyniku chaosu po wojnie w Iraku i rewolucji Arabskiej Wiosny islamiści opanowali znaczne terytoria w Iraku, Syrii, Libii i Jemenie. Prowadzą tam bez przeszkód werbunek nowych wojowników, nęconych często samą perspektywą stałego żołdu. I przyjmują młodych ludzi z innych krajów.

W Iraku miejscowa armia rządowa nie kwapi się do walki z IP, a amerykańskie naloty, jak widać, nie wystarczają. (Dokonuje się ich ok. 10 dziennie, podczas gdy w czasie kampanii przeciw Serbom w Kosowie w 1999 r. NATO codziennie przeprowadzało 250 nalotów). W Jemenie, Libii i Syrii Amerykanie ograniczają się w zasadzie do użycia dronów.

W USA narasta świadomość, że wojna z dżihadyzmem jest pracą Syzyfa. Krytycy rządu oskarżają go o brak strategii na Bliskim Wschodzie. Republikańska opozycja nie przedstawia jednak alternatywy poza wezwaniami do eskalacji militarnego zaangażowania. Na interwencję w Syrii czy wprowadzenie wojsk lądowych do Iraku nie ma społecznego przyzwolenia. Z lewej strony politycznego spektrum słychać nawet apele o wycofanie sił z regionu.

Polityczna bezradność

Doradca prezydenta Obamy ds. Bliskiego Wschodu, Philip Gordon, ogłosił wręcz, że Ameryka nic nie jest w stanie zrobić w sytuacji, gdy konflikty w świecie arabskim są wynikiem rozpadu sztucznych państw stworzonych przez Zachód po I wojnie światowej i rozmrożenia tamtejszych antagonizmów religijno-sekciarskich.

W rozbrajającej deklaracji bezradności opublikowanej przez „Politico” zalecił tylko, by USA „zapobiegały” regionalnym wojnom (tylko jak?). Nie pozwalały na tworzenie bezpiecznych stref dla terrorystów, którzy zagroziliby Ameryce i jej sojusznikom. I aby zapewniły bezpieczeństwo żegludze w Zatoce Perskiej.

A czołowy ekspert ds. terroryzmu Peter Bergen radzi wywrzeć presję na kraje Bliskiego Wschodu, by powstrzymały swych obywateli przed wyjazdami do Syrii i Iraku.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj