Jak Grecja wpadła w tarapaty, które uderzają w całą Europę
Kryzys w strefie euro podmywa polityczny fundament Unii Europejskiej. Ustrój wspólnoty nie zdaje egzaminu.
Global Panorama/Flickr CC by SA

Poniższy artykuł stanowi jest fragmentem tekstu opublikowanego w POLITYCE w lipcu 2011 r. »

Dlaczego niewielka Grecja wpędza w kłopoty całą Europę i niepokoi Amerykę? Bo jest częścią największego bloku gospodarczego na świecie, a powiązania między nią a pozostałymi krajami strefy euro są na tyle ścisłe, że niekontrolowane bankructwo może pociągnąć za sobą lawinę następstw: krach wspólnej waluty, spadek zaufania do obligacji innych państw strefy, upadłości banków i recesję w całej Europie. Bank Lehman Brothers też nie należał do największych, a mimo to jego bankructwo wywołało światowy kryzys finansowy. Europa nie chce powtórzyć błędu Ameryki, która w 2008 r. pozwoliła mu upaść.

Gdyby nie pomoc Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Grecja ogłosiłaby bankructwo w maju 2010 r. Już wówczas rząd w Atenach nie miał pieniędzy na wykup starych obligacji, nie mógł też sprzedać nowych, bo inwestorzy domagali się wysokich odsetek za ryzyko. By nie dopuścić do defaultu, czyli przerwy w obsłudze długu, UE i MFW przyznały Grecji 110 mld euro pomocy. W zamian zażądały cięć i reform – pierwsze miały odchudzić państwo, drugie reanimować gospodarkę. Jak się łatwo domyślić, pieniądze zostały wydane, a cięcia i reformy nie przyniosły oczekiwanego efektu.

Tarapaty Grecji to owoc dwóch błędów popełnionych przy tworzeniu wspólnej waluty. Po pierwsze, kraje strefy euro nigdy nie były tzw. optymalnym obszarem walutowym. W imię politycznego projektu połączono w jedno gospodarki o różnej strukturze, wydajności i stopniu rozwoju. Po drugie, powołano unię monetarną bez równoległej unii fiskalnej (budżetowej). Podczas gdy prawo ustalania stóp procentowych przekazano Europejskiemu Bankowi Centralnemu, prowadzenie finansów publicznych, w tym emitowanie długu, pozostawiono rządom państw członkowskich. Inaczej mówiąc, za jedną walutą stoi dziś 17 suwerennych budżetów.

Eksperyment z różnorodnością miał się udać, gdyż przyjęto, że z czasem dojdzie do konwergencji, czyli zejścia się różnych gospodarek wokół jednego modelu. Dyscyplinę budżetową miał wymusić Pakt Stabilności i Wzrostu, zgodnie z którym długi publiczne członków strefy euro nie mogą przekraczać 60 proc. PKB, a deficyty budżetowe 3 proc. PKB. Ale zasady stworzono po to, by je łamać: Portugalia nie spełnia kryterium deficytu od 2004 r., Francja i Niemcy łamią kryterium długu dziewiąty rok z rzędu. Grecja, by wejść do euro, posunęła się tylko krok dalej: sfałszowała dane o deficycie.

Zamiast upodobnienia się gospodarek nastąpiło pogłębienie wcześniejszych różnic. By wziąć dwie skrajności: Niemcy jeszcze bardziej uzależnili się od eksportu, a Grecy od importu, podczas gdy pierwsi powinni byli zacząć konsumować, a drudzy oszczędzać. Jednocześnie euro ujednoliciło aspiracje materialne i ułatwiło powstanie powiązań kapitałowych, a przede wszystkim zerwało zależność między gospodarnością budżetową a wiarygodnością kredytową: Grecja mogła pożyczać na podobny procent co Niemcy, bo inwestorzy traktowali obligacje wszystkich państw strefy euro na równi. Więc pożyczała bez opamiętania.

Trzeba było kryzysu finansowego, by inwestorzy zobaczyli góry długów i zaczęli żądać premii za ryzyko. Po 10 latach szczęśliwego żywota unii walutowej połowa jej członków jest w kryzysie finansów publicznych, a druga połowa musi łożyć na ratowanie bankrutów. Upadek jednego spowoduje rozpad unii walutowej, a na to nikogo nie stać: Niemców, bo jeśli mieliby wrócić do marki, ich eksport przestanie być konkurencyjny; Francuzów, bo ich banki utopiły miliardy w greckich obligacjach. Każdy chciałby dziś wystąpić z tego związku, ale nikt nie może, więc wszyscy zachowują się jak partnerzy w nieszczęśliwym małżeństwie.

Kontrolowane wyjście Grecji z unii walutowej może mieć zbawienny wpływ na strefę euro. Pozostali bankruci zmobilizowaliby się do wyrzeczeń, przed którymi dziś się wzbraniają, a kraje z rozdętymi finansami publicznymi zaczęłyby je reformować. Byłby to pierwszy krok w kierunku skutecznej koordynacji polityk fiskalnych, której tak brakuje strefie euro. Z rynków finansowych znikłoby też domniemanie, że strefa euro jest gotowa ratować każdego ze swoich członków za wszelką cenę, a wraz z nim gra pod kolejne pakiety ratunkowe, które podkopują wiarę w sens wspólnej waluty.

Na dłuższą metę jedyną alternatywą jest unia transferowa, gdzie oszczędni utrzymują rozrzutnych. Niektórzy ubierają to w retorykę jednoczenia Europy, sugerując Niemcom, że do ratowania Grecji powinni podejść tak jak do odbudowy NRD po zjednoczeniu własnego kraju. Grecy nie mieliby pewnie nic przeciwko, ale Niemcy nie mają ani historycznego obowiązku, ani finansowej ochoty, by naprawiać kraj, który sam doprowadził się do ruiny. Prędzej sami porzucą wspólną walutę, niż zjednoczą się na własny koszt z Grecją. A wyjście Niemców to byłby prawdziwy koniec nie tylko strefy euro, ale także Unii Europejskiej.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj