Atak tureckich bombowców na pozycje Państwa Islamskiego jest jak przyznanie się do błędu
Turecka wojna z wszystkimi
Współcześni Turcy dokonali rzeczy niebywałej – doprowadzili do sytuacji, w której atakowani są jednocześnie przez dwie strony walczące ze sobą na śmierć i życie po drugiej stronie granicy.
U.S. Naval Forces Central Command/U.S. Fifth Fleet/Flickr CC by 2.0

Ankara dotychczas nie dostrzegała większego zagrożenia ze strony Państwa Islamskiego (PI): dla prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana większe niebezpieczeństwo dla Turcji stanowiły kurdyjskie bojówki, które po drugiej stronie granicy walczą właśnie z PI.

Do zmiany zdania skłoniły go z pewnością wydarzenia ostatniego tygodnia. 20 lipca w Suruç po tureckiej stronie granicy z Syrią zamachowiec z PI wysadził się w powietrze w tłumie lewicowych aktywistów. Zginęły 32 osoby, w tym wielu Kurdów.

Turcja od początku miała dwuznaczny stosunek do wojny domowej w Syrii. Jej oficjalnym priorytetem wciąż jest obalenie Baszara Asada, a nie walka z dżihadystami z PI. Ci ostatni stali się niejako cichym sojusznikiem Ankary w walce z damasceńskim reżimem i kurdyjskimi bojówkami.

Od 2012 r. Turcja przymykała oko na masowy przerzut dżihadystów i broni do Syrii przez jej terytorium i jednocześnie blokowała pomoc dla bardziej umiarkowanych bojówek, a w szczególności dla syryjskich Kurdów, czego symbolem stał się obrazek, na którym tureccy czołgiści bezczynnie przyglądali się bestialskim atakom PI na Kurdów broniących Kobane w zeszłym roku.

Ta fiksacja Ankary na Asadzie, czyli pierwszy błąd, ma wcale niemałe podłoże personalne. Jeszcze przed wybuchem wojny w Syrii Asad był najbliższym przyjacielem Erdoğana, któremu marzyła się odbudowa tureckich wpływów na terenach postosmańskich. Tyle było tego publicznego poklepywania po plecach, że prezydent Turcji do dziś nie może darować Asadowi, że go nie posłuchał i zaczął strzelać do własnych ludzi. Stąd ta irracjonalna wrogość wobec słabnącego reżimu i przymykanie oczu na rosnącą potęgę PI zaraz przy tureckiej granicy – czyli drugi błąd.

Dodatkowym elementem w tej układance są syryjscy Kurdowie. Turcy panicznie boją się, że w północnej Syrii powstanie niezależne państwo kurdyjskie, które w przyszłości może spełnić funkcję Piemontu dla Kurdów mieszkających w Iraku i właśnie w południowo-wschodniej Turcji. Liczyli, że problem kurdyjski rozwiążą rękami Państwa Islamskiego.

To z kolei wywołało nienawiść wobec Ankary wśród wielu tureckich Kurdów, którzy patrzyli na śmierć swoich syryjskich braci. W efekcie kurdyjska partyzantka PKK de facto zerwała trzyletnie zawieszenie broni i w ostatnim tygodniu zamordowała dwóch tureckich policjantów i dwóch żołnierzy, oskarżając Ankarę, że zachęca PI do ataków na Kurdów nie tylko w Syrii, ale też w Turcji.

Współcześni Turcy dokonali więc rzeczy niebywałej – doprowadzili do sytuacji, w której atakowani są jednocześnie przez dwie strony walczące ze sobą na śmierć i życie po drugiej stronie granicy. Ich osmańscy przodkowie, którzy dzielili i rządzili na tym terenie przez ponad pięć wieków, przewracają się w grobie.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj