Ring globalny, czyli starcie światowych przywódców w Nowym Jorku
Sporo się na świecie pozmieniało, skoro w centrum uwagi znalazło się Zgromadzenie Ogólne ONZ. Tymi zebraniami z reguły pasjonują się nieliczni, prędzej dyplomaci i organizujący je oenzetowscy urzędnicy. Reszta śmiertelników ma o nich pojęcie co najwyżej mgliste.
Barack Obama
Cia Pak/United Nations

Barack Obama

Andrzej Duda
Cia Pak/United Nations

Andrzej Duda

Władimir Putin
Mark Garten/United Nations

Władimir Putin

Trudno przecież wygrzebać z pamięci jakieś historyczne Zgromadzenie ostatnich lat, właśnie takie pisane wielką literą. Np. najbardziej widocznym śladem zjazdu w 2009 r. jest twórczość Platona, brytyjskiego fotografa, który portretował szefów rządów. Łapał ich po drodze na mównicę i zrobione wtedy zdjęcia, m.in. Władimira Putina czy Muammara Kadafiego, nadal są w powszechnym prasowym użyciu. Poza tym rok do roku flauta i bezrybie.

Jednak teraz, trochę jak za zimnowojennych czasów, właśnie w nowojorskiej siedzibie ONZ ustawiono ring, na którym boksują światowi przywódcy wszechwag i wszystkich lig. Działa efekt rocznicowy – 70-lecie Organizacji zobowiązuje i dobrze wygląda. Mimo że obecna działalność ONZ jest skandalicznie rachityczna. Narody nie są wcale zorganizowane i zjednoczone. Dość powiedzieć, że na świecie tli się, żarzy lub płonie żywym ogniem pół setki konfliktów, uchodźców jest najwięcej od II wojny światowej, a bardziej skomplikowane problemy, np. zatrzymanie zmiany klimatu, ugrzęzły w korowodzie negocjacji i pretensji.

Tłum vipów w Nowym Jorku przypomina również, jak drastycznie skurczyła się liczba miejsc, gdzie przywódcy mogą się spotkać. Ukraina i Syria doprowadziły do skutecznych podziałów, głównie wyrzucenia na aut Rosji, nieobecnej np. na szczytach grup spod znaku G. Zresztą koszula bliższa ciału, więc zza Donbasu i uchodźców możemy nie dostrzegać, że niezałatwione od lat spory terytorialne na morzach Azji Wschodniej skończyły się tam dramatycznym ochłodzeniem stosunków.

Tak jak Władimir Putin porządnie nie porozmawiał twarzą w twarz z Barackiem Obamą w zasadzie od trzech lat (później widzieli się jeszcze trzykrotnie, ale góra na dwa kwadranse), tak samo latami nie widują się niektórzy przywódcy Azji Wschodniej. Co ma znaczenie o tyle, że im dalej na Wschód, tym nieporozumienia najskuteczniej rozwiązywać w cztery oczy, bez pośredników. A jak przyjedzie się do Nowego Jorku, to spotkać się łatwiej, także w kuluarach, po cichu, bez fanfar i fleszy.

Z tzw. debaty – jest ona nią głównie z nazwy, ponieważ przywódcy wygłaszają zawczasu przygotowane przemówienia i nie przeprowadza się żadnej dyskusji – nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, przynajmniej nie w sprawach fundamentalnych. Obama, przewodniczący ChRL Xi Jinping i Putin – do tego w ostatnich latach forum ONZ nas nie przyzwyczaiło albo to przegapialiśmy – bardzo asertywnie okopali się na swoich pozycjach. Stąd globalną wyobraźnię zdominował mecz bokserski mocarstw, który Putin, boksujący najbardziej ofensywnie, chyba wygrał na wizerunkowe punkty, pokonując Obamę, zbyt głęboko ukrytego za gardą moralnej słuszności.

Te przepychanki z kolei skutecznie odwróciły uwagę od nowych szczytnych celów przyjętych przez ONZ – planów rozwojowych na kolejne dekady. To, bagatela, przepis na to, byśmy jako cała ludzkość trwali w miarę dobrej formie i wspólnie potrafili uporać się z wyzwaniami stojącymi przed całym gatunkiem.

Dla kraju najważniejszy był Andrzej Duda, dla którego szczyt w Nowym Jorku był pierwszym poważnym przetarciem poza unijnym podwórkiem. Prezydent mile zaskoczył. Jest niewątpliwie sukcesem polskiej dyplomacji, że Duda spotkał się na dłużej z Obamą i jadł lunch z Putinem, choć swoją drogą radowanie się z takich sukcesów ilustruje realną pozycję Polski w świecie polityki i gospodarki.

Polski prezydent miał trudne zadanie, zaczynał przy rozgadanej sali, rozprężonej po wystąpieniu amerykańskiego prezydenta. Duda wygłosił swoje najlepsze prezydenckie przemówienie, choć nadal sporo brakuje mu do najlepszych retorów, nie tylko Obamy, ale choćby i mówiącego nieco później Abdullaha II, króla Jordanii.

Polski prezydent mocno przeszarżował, chwaląc hojność polskiej pomocy rozwojowej (skąpimy, wbrew zaklęciom MSZ). Operował też skomplikowaną, homilijną frazą i jak zwykle mówił niemiłosiernie dużo o przeszłości. Widocznie taka już jego uroda. Prezydent RP mówił rzeczy generalnie słuszne i uniwersalnie ważne, może nie bardzo inspirujące i odnoszące się do przyszłości, choć z pewnością z całej wypowiedzi warta zapamiętania jest końcowa uwaga o sile prawa międzynarodowego.

W każdym razie wizyta Andrzej Dudy w USA wpisuje się w pomysł na politykę zagraniczną prezydenta, dotychczas bardzo konsekwentnie realizowany. Można dyskutować o jego meritum i szansach realizacji albo korzyści płynących z niego dla Polski. I byłoby niegodziwością, gdyby w doraźności kampanii wyborczej wykorzystywać, że Duda pił z Putinem, a nie udało mu się odzyskać wraku, czy temu podobne dyrdymały.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj