Roman Kuźniar o ONZ: Żebrzą w dobrej sprawie
Kiedyś Bill Gates zorientował się, że w którymś roku zarobił zbyt dużo, więc dał ONZ miliard dolarów i była to połowa rocznego budżetu regularnego – mówi prof. Roman Kuźniar, kierownik Zakładu Studiów Strategicznych UW.
Roman Kuźniar.
Marek Szczepański/Forum

Roman Kuźniar.

Marek Ostrowski:Tyle dziś się mówi o powszechnym deficycie demokracji, w tym w organizacjach międzynarodowych, także w organach Unii Europejskiej. ONZ nazywa się Organizacją Narodów, a przecież to organizacja rządów, a nie społeczeństw.
Roman Kuźniar: – To nieporozumienie ma charakter semantyczny. Po angielsku nation to także państwo. Ważniejsze jest, że społeczeństwa, narody są zorganizowane i mają swoją reprezentację – strukturę państwową, zwłaszcza rząd. ONZ jest związkiem państw, organizacją międzyrządową, inaczej nie mogłaby działać. Tylko rządy są uprawnione do podejmowania wiążących zobowiązań, tylko one mają instrumenty, aby wykonywać owe zobowiązania. A społeczeństwa, które przecież są wewnętrznie bardzo zróżnicowane i podzielone, muszą mieć jakąś jedną reprezentację na zewnątrz.

Poszczególne grupy społeczne też mają swoje reprezentacje w postaci organizacji pozarządowych i one są obecne w ONZ, uczestniczą w pracy jej organów. Poza tym mogą w konkretnych sprawach rozstrzyganych na forum ONZ wywierać presję na swoje rządy, i tak robią. Zatem teza o deficycie demokracji w ONZ jest nietrafiona.

Karta narzuca Organizacji charakter uniwersalny, nie wyklucza z ONZ krajów niedemokratycznych, nawet obrzydliwych dyktatur, których nie chcielibyśmy honorować na żadnym forum. Jaki mamy pożytek z takiej uniwersalności?
Demokracja, wbrew temu, co my sądzimy w Europie, nie jest jedynym sposobem legitymizacji władzy. Często jest nim tradycja umocowana w kulturze czy religii. W wielu krajach wolne wybory – u nas sedno demokracji – z uwagi na inny kontekst kulturowy mogłyby doprowadzić do katastrofy. Zresztą kraje demokratyczne też nierzadko popełniają wielkie błędy. Przecież utrzymujemy swoje placówki w krajach niedemokratycznych, to dlaczego te kraje nie miałyby prawa obecności w ONZ? Kraje stwarzające problemy są obecne na tym forum, to możemy próbować z nimi owe problemy rozwiązywać, czasem nakładać na nie sankcje i wpływać na ich zachowanie. Zgadzam się, to jest trudne, mało skuteczne, można powiedzieć niemoralne. Nie mamy jednak innego mechanizmu, więc lepiej utrzymać ten, który istnieje.

Gdyby nie było zasady nieingerencji, zapanowałby straszny chaos. Każdy uzurpowałby sobie prawo do ingerowania pod dowolnym pretekstem w sprawy innych, najczęściej wielcy w sprawy słabszych. USA dlatego nie przystąpiły do Ligi Narodów, że nie chciały, aby ona ograniczała ich „prawo” do interweniowania w krajach Ameryki Łacińskiej, zgodnie z doktryną Monroe’a.

ONZ nie odegrała roli w najważniejszych światowych kryzysach.
To akurat sprawa dyskusyjna. Sam fakt, że ONZ istnieje, że stanowi stałe forum do konsultacji także w sprawach kryzysowych, że Radę Bezpieczeństwa można zebrać – i często się zbiera – w ciągu 24 godzin, odgrywa ważną rolę w łagodzeniu różnych napiętych sytuacji międzynarodowych. Kryzys kubański z 1962 r. jest świetnym przykładem, że szuka się sposobu ich rozwiązania.

Sankcją albo lepiej rękojmią przestrzegania prawa międzynarodowego jest zasada wzajemności. I jak się okazuje, stopień przestrzegania prawa międzynarodowego jest znacznie wyższy niż prawa wewnętrznego. Nie trzeba się tu sugerować spektakularnymi przypadkami, jak agresja USA na Irak czy Rosji na Ukrainę. Jeśli Organizacja nie dysponuje własnymi siłami zbrojnymi, to trzeba mieć pretensje do jej członków, zwłaszcza wielkich mocarstw, a nie do niej samej. Zresztą, nawet gdyby je miała, to i tak zgodę na ich użycie musi wyrazić Rada Bezpieczeństwa.

Z zasady nierównoprawni są członkowie ONZ. Zgromadzenie Ogólne, ciało reprezentujące wszystkie kraje, nie ma nawet części tej władzy co Rada Bezpieczeństwa, a w Radzie – tylko stali członkowie naprawdę się liczą.
Cóż, nierówność jest powszechną cechą życia społecznego i przyrodniczego. Gdyby wszyscy mieli takie same prawa, pewnie trudno byłoby podjąć jakąkolwiek decyzję. Ale przecież same mocarstwa nie podejmą wiążącej decyzji, nawet jeśli osiągną jednomyślność. Ponadto, decyzja w zależności od charakteru musi mieć za sobą większość 9 lub 11 głosów (z 15), czyli muszą ją poprzeć także członkowie niestali. Ponadto nie należy utożsamiać Narodów Zjednoczonych z Radą Bezpieczeństwa, z problemami bezpieczeństwa i pokoju. Organizacja zajmuje się tysiącem innych spraw i jest tam bardzo pożyteczna, a do tego wcale nie potrzebuje Rady Bezpieczeństwa. Te decyzje zapadają w innych organach głównych i pomocniczych NZ.

Czy twórcy Organizacji, powstałej po horrorze wojny, nie byli zbyt naiwni, opierając nadzieje jej skuteczności na jednomyślności pięciu wielkich mocarstw – z zasady skonfliktowanych? Przecież bardzo często weto Rosji lub USA hamowało wszelkie decyzje.
W rozumowaniu twórców NZ zasada jednomyślności miała zapobiec przegłosowywaniu jednego mocarstwa przez inne, co mogłoby prowadzić do konfliktów między nimi. Wiemy, że to jest poważne ograniczenie wobec celów NZ, ale być może uratowało nas od większej wojny. I wszystkie dotychczasowe próby zmiany tego mechanizmu były blokowane przez wielkie mocarstwa.

Często też siły interwencyjne ONZ, powstałe już po decyzji mocarstw, są zbyt szczupłe w stosunku do potrzeb, bez dostatecznych pieniędzy na sprzęt i broń, których kraje członkowskie skąpią.
Ten zarzut wobec ONZ jest wyjątkowo nietrafny. Członkowie, zwłaszcza wielka piątka, nie kwapią się do przekazania Organizacji do stałej dyspozycji jakiejś cząstki swoich sił zbrojnych. Kraje zachodnie postawiły na własne zdolności operacyjne, co dotyczy głównie państw NATO. Amerykanie za prezydenta Busha mówili, że trzeba zastąpić ONZ organizacją „wolnych krajów”, która miałaby zdolności do swobodnego interweniowania; toby się dopiero działo! Problem obecnie leży gdzie indziej: mianowicie w zdolności do podejmowania decyzji o wysłaniu jakiejś misji wojskowej ONZ. Po interwencji w Libii, to znaczy po oczywistym nadużyciu mandatu przez państwa interweniujące, Rada Bezpieczeństwa nieprędko podejmie decyzję o jakiejś operacji na podstawie rozdziału VII Karty, a więc w razie zagrożenia pokoju lub bezpieczeństwa, czyli operacji związanej z użyciem siły.

Wcześniej doszło do kontrowersyjnej operacji dotyczącej Kosowa i przeciwko Irakowi, kiedy to Waszyngton twierdził, że rezolucje Rady Bezpieczeństwa dają mu prawo do interwencji zbrojnej, choć takiego upoważnienia w tych rezolucjach nie było. Czasem więc przyczyna słabości NZ bierze się z naszych błędów.

Wysocy funkcjonariusze ONZ mówią, że ich codzienna praca przypomina żebraninę o pieniądze, których wiecznie Organizacji brakuje.
Taka jest proza jej pracy, której na zewnątrz często nie widać, a wynika z mizernego budżetu. Budżet regularny, czyli ze składek obowiązkowych, głównej organizacji międzynarodowej świata nie jest większy niż budżet sporego uniwersytetu w USA czy – jak kiedyś pisano – straży pożarnej w Tokio. Co za to można zrobić? Zapłacić za światło i wodę, zimą ogrzewanie, papier, tłumaczy, pensje urzędników, remonty, koszty jakiejś konferencji, wydanie raportów.

Ale gdy chodzi o działalność operacyjną czy pomoc, to ona jest głównie finansowana ze składek dobrowolnych. ONZ i jej agendy są oblepione funduszami dobrowolnymi, na których gromadzi się pieniądze od różnych darczyńców, państwowych i prywatnych. Kiedyś Bill Gates zorientował się, że w którymś roku zarobił zbyt dużo, więc dał ONZ miliard dolarów i była to połowa rocznego budżetu regularnego. Wysocy funkcjonariusze istotnie żebrzą w dobrej sprawie i nie dla siebie. Najwięcej daje w ten sposób UE i jej państwa członkowskie, ale też takie kraje jak Norwegia, Szwajcaria, Kanada czy Australia.

ONZ, zwłaszcza w latach 90., kojarzyła się ze skandalami, zwłaszcza korupcyjnymi, rozgardiaszem i niegospodarnością swoich urzędników.
Wolałbym, aby pan odwołał się do bardziej aktualnych raportów czy audytów. ONZ to jest dość spory organizm biurokratyczny, ale nadal niewielki, jak na zakres spraw, którymi się zajmuje w porównaniu z wielkimi korporacjami czy urzędami w niektórych krajach członkowskich. I wszędzie zdarzają się ekscesy czy patologie. Tam gdzie człowiek, zdarza się też grzech, błąd, pokusa, wszędzie, nie tylko w ONZ. A tam może być trudniej leczyć trudne przypadki, ale nie dlatego, że to ONZ, tylko że ci urzędnicy pochodzą przecież z krajów członkowskich, które natychmiast stają w ich obronie, jak w obronie własnego honoru czy interesów.

Bogatszym państwom zdarza się forsować na stanowiska ludzi za pomocą wpłat do funduszy na działalność operacyjną, a w razie jakichś problemów z tymi ludźmi grożą, że przestaną wpłacać. Z kolei gdy występuje problem z jakimś funkcjonariuszem z kraju globalnego Południa, obrona polega na mówieniu, że atak bierze się ze względu na jego kolor skóry, a nie na jego brak kompetencji. Problemy Organizacji biorą się z jej konstrukcji, która jest dziełem jej członków.

Materiał pochodzi z dodatku do Polityki nr 43 „70 lat ONZ”, Partner Merytoryczny MSZ.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj