Pierwszy rok Donalda Tuska. Mocna czwórka
Dobry, ale nie wzorowy
Taką ocenę najczęściej wystawiają Tuskowi unijni urzędnicy i osoby, które mają okazję z bliska obserwować jego poczynania jako przewodniczącego Rady Europejskiej.
Rok bez wpadki jest raczej dobrą niż złą wróżbą.
European Council President/Polityka

Rok bez wpadki jest raczej dobrą niż złą wróżbą.

Tusk wciąż nie mówi po angielsku tak dobrze jak po polsku.
European Council President/Flickr CC by 2.0

Tusk wciąż nie mówi po angielsku tak dobrze jak po polsku.

Po roku urzędowania fajerwerków może nie było, ale nie zdarzyły się też żadne kompromitujące sytuacje, a to absolutnie należy zapisać mu na plus.

Oczywiście słychać głosy, że Tusk nadal czuje się zagubiony, że wciąż nie odnalazł w Unii swojego miejsca, a w dodatku językowo nadal nie czuje się najlepiej. Jest w tych wszystkich stwierdzeniach ziarno prawdy, ale trzeba też być sprawiedliwym i pamiętać, że przewodniczący Rady Europejskiej to dość specyficzna funkcja. Ktoś w rodzaju honorowego przewodniczącego 28 państw członkowskich. Ktoś, kto nie ma żadnej władzy instytucjonalnej. I wreszcie ktoś, od kogo przede wszystkim wymaga się bezszelestnego przygotowywania kompromisów.

Na tle poprzednika

Zarówno poprzednik obecnego szefa Rady Belg Herman Van Rompuy, jak i sam Donald Tusk swoim urzędowaniem odciskają piętno na tym stanowisku. Wyznaczają, na ile w przyszłości przewodniczący Rady Europejskiej będzie tylko dżentelmenem, zajmującym się logistyką, a na ile będzie kimś, kto narzuca Radzie rozwiązania i przeforsowuje swój punkt widzenia.

Z Brukseli słychać natomiast, że części przywódców nie podoba się to, że Tusk nie jest drugim Van Rompuyem, czyli człowiekiem, który ogranicza się tylko do roli poszukiwacza kompromisów. Że jest zbyt samodzielny i chce czegoś więcej niż tylko podawania do publicznej wiadomości woli Paryża czy Berlina. Pytanie tylko, na ile jest to Tuska atut, a na ile jego słabość.

Van Rompuyowi zarzucano, że jest zbyt miękki i za mało wyrazisty. Wszyscy pamiętają, jak brytyjski eurosceptyk Nigel Farage wykrzykiwał w Parlamencie Europejskim, że Belg ma charyzmę mokrego mopa i urzędniczyny z banku. Przy okazji różnych kryzysów często też pojawia się argument, że europejscy liderzy są zbyt miękcy i robią tylko to, na co pozwolą im przywódcy państw członkowskich. Tusk wie, w jakich ramach może się poruszać, ale równocześnie nie ukrywa swoich poglądów i często – może nawet jak na swoje stanowisko zbyt często – mówi otwarcie, co jest jego priorytetem.

Poza tym został przewodniczącym Rady Europejskiej w innych niż Van Rompuy okolicznościach. Niemal od razu wrzucono go na głęboką wodę. Już w pierwszym roku urzędowania musiał skonfrontować się z serią kryzysów: Ukraina, Grecja, uchodźcy i teraz terroryzm. I choć w kryzysie euro nie mógł dotrzymać kroku bardziej doświadczonemu szefowi Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckerowi, to już podczas negocjacji z Grecją, w których ważyły się losy tego kraju i ostatnia transza pakietu pomocowego, dobrze sobie poradził. Zorganizował miniszczyt, podczas którego przy stole obrad zasiedli tylko Merkel, Hollande, Tsipras i szefowie unijnych instytucji. Dzięki temu doprowadził do porozumienia. Obyło się bez wyjścia Grecji ze strefy euro, o czym głośno przecież mówiono jeszcze przez obradami.

Sz(t)uka kompromisu

W sprawie uchodźców też szuka kompromisu. I chociaż wie, że droga do niego jest jeszcze daleka, to wyznaczył sobie priorytety i mocno obstaje przy sprawie ochrony unijnych granic. To on pierwszy przed przewodniczącym Komisji Europejskiej przypomniał, że jeśli Unia nie poradzi sobie z problemem uchodźców, to za chwilę straci jeden ze swoich fundamentów, czyli strefę Schengen, i kraje członkowskie będą musiały się również z tym zmierzyć. Juncker stara się znaleźć kompromis w rozdzielaniu uchodźców między państwami członkowskimi, a Tusk bezustannie przypomina o Schengen i o tym, że zagrożenie jest realne.

Teraz będzie miał też ważną rolę do odegrania w negocjacjach z Brytyjczykami. Już na początku listopada David Cameron wystosował do niego list z żądaniami dotyczącymi renegocjacji traktatów unijnych. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby wobec tylu kryzysów i rosnącego eurosceptycyzmu żądania Brytyjczyków nie doprowadziły do gigantycznej kłótni. Będzie to więc dla Tuska kolejny ważny egzamin i test, jak sobie z tą sprawą poradzi. I czy utrzyma Unię w całości. Żaden polityk nie chciałby, aby liczba państw członkowskich zmniejszyła się podczas jego urzędowania.

Polish my English

Bycie przewodniczącym Rady Europejskiej to zajęcie na pełen etat. Nie da się być jedną nogą w kraju i jedną w Brukseli, przynajmniej nie na tym stanowisku. I nawet jeśli w pierwszych miesiącach urzędowania Tusk mógł sprawiać wrażenie polityka, który bardziej jest zainteresowany tym, co się dzieje w Warszawie, niż w Brukseli (co potęgowała jego średnia znajomość języka), to od dawna już tak nie jest. Tusk wciąż nie mówi po angielsku tak dobrze jak po polsku. Nadal słychać, że to nie jest jego drugi ojczysty język, ale trudno nie dostrzec, jaki zrobił postęp. Wypowiada się bez kartki, a podczas przerw swobodnie zagaduje do polityków. Oczywiście to nie to samo, co Van Rompuy, który miał pod tym względem dużo lepszą sytuację, bo jako Belg na dzień dobry mówił w kilku językach, jednak Tusk przez ten rok wykonał kolosalną pracę.

Czy jest dobrym czy złym przewodniczącym Rady Europejskiej, okaże się w czerwcu 2017 r. Wtedy będzie wiadomo, czy przywódcy wybiorą go na następną kadencję. Poza tym w wielu sprawach, przed którymi dzisiaj stoi Unia, żeby pojawiły się efekty, potrzeba współdziałania Rady i np. Komisji Europejskiej. Jeśli coś się uda, sukces będzie miał wielu ojców. Z kolei jeśli się nie powiedzie, porażkę Tusk będzie musiał unieść sam.

Przewodniczący Rady Europejskiej to stanowisko, na którym trudno o spektakularny sukces. Dlatego można uznać, że rok bez wpadki jest raczej dobrą niż złą wróżbą.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj