Prezydent Gambii ogłosił kraj republiką islamską
Zmiana szyldu
Islamska deklaracja ma pomóc zerwać z kolonialną przeszłością i uhonorować fakt, że zdecydowana większość jego rodaków modli się w meczetach.
Tumblr

Szejk Profesor Hadżi Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh, czyli prezydent Gambii.
Ray Stubblebine/Reuters/Forum

Szejk Profesor Hadżi Doktor Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh, czyli prezydent Gambii.

Wolność religijna będzie zachowana, ale islamska deklaracja ma pomóc, zapowiada Yahya Abdul-Aziz Jemus Junkung Jammeh, zerwać z kolonialną przeszłością i uhonorować fakt, że zdecydowana większość jego rodaków modli się w meczetach.

O Gambii, najmniejszym państwie kontynentalnej Afryki, robi się zazwyczaj głośno za sprawą jej przywódcy, którego ego jest odwrotnie proporcjonalne do powierzchni kraju. Jammeh ma przypadłość częstą wśród byłych oficerów wyniesionych do władzy zamachem stanu. Odkrył w sobie, jak kiedyś płk Muammar Kadafii, cechy predestynujące go do wielkości, czemu często daje publicznie wyraz.

Do pozagambijskiej świadomości trafiał za sprawą: planów ogłoszenia się królem, stwierdzeniem, że umie leczyć AIDS kuracją ziołową, decyzją sprzed dwóch lat o opuszczeniu Commonwealthu czy zapowiedzią z maja tego roku, że osobiście poderżnie gardło każdemu mężczyźnie domagającemu się w Gambii prawa do zawierania małżeństw homoseksualnych.

Ale prezydent rządzący nieprzerwanie od 21 lat ma rację, gdy gambijską biedę i niedolę (to jeden z najsłabiej rozwiniętych krajów na świecie) łączy z kolonialną przeszłością. Oskarżanie Zachodu przychodzi mu tym łatwiej, że kraj to wąska dolina wzdłuż rzeki Gambia, kiedyś szlaku handlu niewolnikami, wieziono tamtędy m.in. słynnego Kunta Kintę. Turyści odwiedzający Gambię dla jej piaszczystych plaż zwiedzają też m.in. leżącą w ujściu rzeki wyspę Kunta Kinteh z ruinami wpisanego na listę dziedzictwa Unesco fortu, którego fundamenty kładli poddani Jakuba Kettlera, kurlandzkiego księcia, który w połowie XVII w., będąc lennikiem Rzeczpospolitej, próbował włączyć się do podboju kolonialnego Afryki.

O ile żale na kolonializm mogą zmiękczyć europejskie serca, to Zachód udzielając wsparcia, zazwyczaj stawia warunki, np. przestrzegania praw człowieka i demokratyzacji. Jammeh za demokracją nie przepada, jest dyktatorem, choć z drugiej strony obiecał zakazać okrutnej praktyki obrzezania kobiet.

Zmiana szyldu wygląda na manewr negocjacyjny, próbę zrównoważenia wpływów europejskich, głównie Wielkiej Brytanii, dawnej metropolii.

To jak dodawanie „x” do nazw polskich firm na początku lat 90. Wtedy u nas rozmaite Szwagreksy wyglądały bardziej światowo, teraz islamska już Gambia chyba liczy, że pozbiera punkty w bogatych państwach arabskich, które w ramach swojej polityki zagranicznej hojnie udzielają pomocy braciom w wierze wysoko niosącym sztandar Proroka. Co zrównoważy, nie można wykluczyć, zmniejszające się wpływy z turystyki. Dopiero co były zamachy w Paryżu, Bliski Wschód spływa krwią, rozkwita brutalne oblicza islamu, więc europejscy goście mogą się przecież wystraszyć, że Gambia stała się właśnie najnowszym nabytkiem kalifatu i kolejnym przyczółkiem Daeszu.

W swoich nazwach odniesień do islamu używa Afganistan, Iran, Mauretania i Pakistan. Nie oznacza to jednak, że Gambia, na wzór Afganistanu talibów, stanie się wylęgarnią terrorystów mierzących w Zachód albo, jak Iran, spróbuje rozwinąć program zbrojeń atomowych. Sama zmiana nazwy zmienia niewiele. Ten mechanizm nie działa też w drugą stronę, czego przykładem Demokratyczna Republika Konga, Federalna Demokratyczna Republika Etiopii czy Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj