Amerykański zachwyt nad „Marsjaninem” dowodem naiwności
Gorączka złudzeń
Poważny portal internetowy „The Globalist” bardzo krytycznie analizował amerykański zachwyt nad „Marsjaninem”. Zdaniem portalu popularność tego filmu, jednego z najbardziej kasowych w zeszłym roku, ma świadczyć, że Amerykanów trawi głupawa gorączka złudzeń.
Imperial-Cinepix/materiały prasowe

Nagrodzony Złotym Globem „Marsjanin” Ridleya Scotta jest bez wątpienia świetnym filmem, ale prawdą jest także, że to socrealistyczna wersja przygód Robinsona Crusoe w Ameryce XXI wieku. Poważny portal internetowy „The Globalist” bardzo krytycznie analizował amerykański zachwyt nad „Marsjaninem”. Zdaniem portalu popularność tego filmu, jednego z najbardziej kasowych w ubiegłym roku, ma świadczyć o tym, że Amerykanów trawi głupawa gorączka złudzeń. Sondaże pokazują, że ponad jedna trzecia republikanów powierzyłaby przycisk atomowy takim kukizowym postaciom jak Donald Trump.

Co „Marsjanin” ma z tym wspólnego? Otóż zdaniem tego portalu właśnie naiwność i wiara w utopie. W filmie, mimo potwornych niebezpieczeństw, nikt nie ginie, nie ma żadnych czarnych charakterów, żadnych napięć politycznych, rasowych czy choćby budżetowych. Żaden biały policjant nie zastrzeli bezbronnego, czarnoskórego chłopca. Nie ma też żadnych obcych wrogów – ani Rosjan, ani ISIS, ani Al-Kaidy. Wszyscy kochają Amerykanów i przebierają nogami, aby im pomóc. To uproszczony, bezproblemowy świat, jaki USA, nie mając pojęcia o zagranicy, kreują same dla siebie. Dlatego gotowi są cieszyć się takim Trumpem – kpi „The Globalist”.

Krytyka amerykańskiej dziecinnej utopii, może trochę naciągana, wychodzi ostrzej, jeśli zestawić „Marsjanina” z naszą rodzimą, znaną wszystkim utopią czy raczej antyutopią – „Seksmisją”. Któż jej nie oglądał? Tam też nikt nie ginie, ale film jest par excellence polityczny. Od razu widać klasyczne składniki utopijnych konstrukcji. Juliusz Machulski realizował scenariusz filmu w stanie wojennym. – Zastanawiałem się, jak w filmie zawrzeć sens czasów, ale nie chciałem kina moralnego niepokoju, raczej jakichś jaj, żeby to nie wyglądało na zamierzoną demonstrację przeciw władzy, tylko że niby tak przypadkiem wyszło. Inaczej by nie puścili – mówi. Pamiętacie fabułę: dwóch ochotników, Maks i Albert, budzi się po hibernacji w 2044 r., po wojnie nuklearnej, w świecie bez mężczyzn. Mamy klasyczne elementy utopii.

Zawsze chodzi o jakąś dyktaturę, stan nadzwyczajny. Społeczność odizolowana od świata, centralna władza wszystko reguluje. Rządząca ukazami, tajemnicza Ekscelencja. Porządku pilnują kobiety w mundurach. Osobników niedopasowanych trzeba dopasować na siłę. Dziewczynki, produkowane w laboratoriach, trafiają do szkół, gdzie głosi się prawdy oczywiste, nieznoszące sprzeciwu: „Kopernik była kobietą”. I w ogóle orwellowski język: mężczyzn nie ma, to „osobniki rodzaju drugiego”. Kastracja to „naturalizacja samców” itd. Świat doskonale uładzony, choć trochę inaczej.

Przypominam to z okazji pewnej rocznicy – w 2016 r., równo pięćset lat temu, Tomasz Morus napisał „Utopię”, ledwie zakamuflowaną krytykę ówczesnej Anglii. 500 lat minęło, a miłość do utopii nie ginie.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj